Przejdź do głównej zawartości
20.06. 2020r.


Uparta miłość r.18 [2]




      Dogonił ją za    przejazdem kolejowym, pomyślał, że jest zagniewana i począł wyjaśniać
  – I tak miałem wybrać się do Gminy, muszę przecież wiedzieć, czy budować duże porządne szambo, czy też będzie możliwość podłączyć się do sieci nowego osiedla. Etaty w Ośrodku Zdrowia też mnie interesują. Tak, że nie martw się, nie wyskoczę z tym cmentarzem, jak Filip z konopi.
  Mirka nie była przekonana, rzekła wysiadając;
   - Mamy więc lekarza i błoto, czyli nowe zmagania Judyma z rzeczywistością.
  – Ty się nie natrząsaj, tylko życz mi powodzenia – odrzekł z miną niepewną.  . Rozmowa z najważniejszą osobą w gminie była nader przyjemna, przy kawce, wzajemnym zrozumieniu i uprzejmościach, aż przyszło do sprawy cmentarza.
  – Plany zagospodarowania przestrzennego miasta już zatwierdzono i poszły do województwa. Debatowali nad nim Radni, też sroce spod ogona nie wyskoczyli; a żaden nie zgłaszał weta. O co ten raban, że za blisko waszego domu? – bronił planów Naczelnik, próbując sprawę zbagatelizować.
   – Nieszczęście w postaci skażonej wody może spaść na ludzi za wiele lat. Nikt wtedy nie dojdzie, jak było z tymi planami, prawda?
  Rozstali się chłodno, ale błogi spokój Naczelnika został zakłócony..
   – A jak ten zapaleniec z płonącymi oczami pójdzie z tą sprawą dalej? Albo niech tu naśle dziennikarzy, po co mi to wszystko? Sam pojadę i zgłoszę zastrzeżenia. – rozmyślał. -Niech się fachowcy wypowiedzą. Zaraz jutro pojadę do Poznania.
   Nazajutrz czuł się niezbyt dobrze, później wypadły sprawy pilniejsze; minął tydzień i o wizycie Zalewskiego zapomniał.
   Po śmierci kierownika Baciarka powstał problem obsadzenia jego stanowiska. Zebrały się władze Gminy, przyjechał Inspektor Oświaty i radzono. Baciarkowa była pewna, że to właśnie ona obejmie tę funkcję, gdyż sprawę tę omawiała z tym i tamtym w różnych sytuacjach, zawsze  po jej myśli. Jednakże nastał okres zmian we wszystkich władzach terenowych, tak, ze żaden z członków szacownego gremium nie odważył się nawet wspomnieć o Baciarkowej.
          Uradzono, że najmniej kontrowersyjny byłby Stanisław Dalszewski i jemu zaproponowano to stanowisko.
   Biedny pan Stasiu, zamiast się cieszyć z zaszczytu, był tak wystraszony i zgnębiony, że trzeba było go uspakajać i pocieszać.
  Pani Renia, nie znajdując już argumentów, poprosiła Mirkę o pomoc. I tak pracując wspólnie przez parę wieczorów, zdołały mu uświadomić, co jest do zrobienia i załatwienia i przekonać, że da radę.
   Dopiero ta jasność sytuacji przywróciła spokój szanownemu panu kierownikowi – póki co p.o. – ale zawsze!
           Palącą sprawą do załatwienia było znalezienie matematyka. Na tymczasem zatrudniono dwóch nauczycieli z zawodówki.
          Pan Stasiu miał daleka kuzynkę uzdolnioną w tym kierunku, nawet zdawała na studia matematyczne, ale się nie dostała. Zaproponował jej posadę w obszernym liście, a nie mogąc doczekać się odpowiedzi, pojechał i przywiózł niepozorną panienkę, która dotąd miała oświecać matematycznie młodzież  rostowską.
   Baciarkowie mieli w szkole duże, czteropokojowe mieszkanie. Teraz, gdy zajmowała to lokom jedna osoba i to ogólnie nielubiana – szemrano dookoła, by ją stamtąd wyeksmitować. Tylko, że żałoba była jeszcze zbyt świeża a  i odważnych do takich decyzji nie było. Jednakże, gdy wynikła sprawa zakwaterowania matematyczki – czy pani Baciarkowa chciała, czy nie, jeden pokój musiała odstąpić. 
  Nie  zdążył się pan kierownik nacieszyć, że problem rozwiązał, bo po kilku dniach panna Lila, późnym wieczorem, cała we łzach, przyszła i oświadczyła, ze albo jej kuzyn znajdzie inne mieszkanie, albo wraca do mamy!


        Pan Stasiu załamał ręce, bo u siebie nie miał miejsca; szukał w miasteczku, lecz  kogo by nie spytał – odpowiedź była odmowna. Zgnębiony, poszedł do Gminy – radzono, szukano, aż sekretarka zapytała;
          - A po sąsiedzku, u tych nowych, nie byłoby miejsca?.
   Pan Stasiu, który , jak nikt znal warunki młodych Zalewskich; odrzekł, że, aby tam ktoś mógł zamieszkać, najpierw trzeba by wydać sporo grosza. Naczelnik odetchnął z ulgą i oświadczył, że Gmina pokryje wszelkie koszta.
   Firma geesowska uwinęła się i po dwóch tygodniach piętro nadawało się do użytku; posadzki przykrywała solidna wykładzina, ściany wytapetowano; do tego kuchnia elektryczna i piecyk olejowy do ogrzewania.  Mirka
         aż zazdrościła  przyszłej lokatorce, bo sama gotowała na kuchni kaflowej, a pokój ogrzewał zwykły żeleźniak . Nareszcie młoda siła pedagogiczna mogła się wprowadzić. Choć była uprzedzająco grzeczna, nie zrobiła na Mirce dobrego wrażenia.
  Była krzykliwie wymalowana, sztywne loki sięgały ramion, cały strój pretensjonalny, a sylwetka przygarbiona.
  Tymczasem wypadało zaprosić lokatorkę, porozmawiać, poczęstować choćby herbatą.
 – Zawsze darzyłam nauczycieli wielkim szacunkiem – rzekła  uprzejmie gospodyni – myślę, że się dogadamy i przyjemnie nam się będzie razem mieszkało. W duchu jednak ganiła siebie za zbyt pochopną decyzję
          . Lila urządzała się u Zalewskich z werwą i entuzjazmem. Pomagali jej chłopcy ze starszych klas i pan Stasiu. Baciarkowa, by wyjść z twarzą z tej sytuacji zaoferowała sporo sprzętów ze swego mieszkania.
  Młoda siła pedagogiczna wierzyła, ze trafia pod  życzliwy dach, ze w Mirce znajdzie przyjaciółkę od serca. W zasadzie było bardzo dobrze; wygodnie spokojnie, milo – z tym tylko mankamentem, ze gospodyni nie kwapiła się do żadnej poufałości. Owszem był a uprzejma i grzeczna, ale niestety dość  wyniosła i nieprzystępna.
  Lila próbowała przełamywać lody; schodziła wieczorem a to z wyjątkowo dobrymi ciasteczkami, czekoladkami, albo kawką – ale jej gospodyni była wciąż czymś zajęta. Widać było, ze wcale nie jest  zachwycona odwiedzinami. Przysiadała na chwile, ale widać było, że nie ma ochoty na pogawędkę.
           Dla Lili to było niepojęte – jak można tak bez końca coś robić?. Jednego dnia coś szyła, innego sprzątała w szafkach, a to znów lokatorka trafiała na pranie, albo prasowanie całych stosów fartuchów Adama.. Często też coś pichciła do słoików, by maź miał co zabrać, gdy przyjedzie.. Bywało, ze wpadała Renia, przeważnie z Kasią na rękach, ale i ona nie przedłużała wizyty, bo wiedziała, ze sąsiadka ma czas bardzo wyliczony.
   Był wszakże jeden wyjątek, kiedy Mirka nie okazywała zniecierpliwienia. Zdarzało się, że Lila, choć się głowiła, nie mogła rozwiązać zadania, albo jak uczeń użył swego sposobu – nie wiedziała jak to ocenić. Przychodziła wtedy do Mirki i prosiła nieśmiało, czyby sąsiadka nie zerknęła. Mirka nie tylko zerkała, ale z prawdziwa przyjemnością liczyła, zapisując wszystko równiutko i porządnie.
  











Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4 07.2020r. Uparta miłość r. 19 [1] pierwszy dziewiętnasty   Tu i ówdzie jeszcze leżał śnieg, w nocy trochę mroziło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę Mirkę to uskrzydlało; teraz prawdziwie cieszyła się, że ma swój dom i kawałek ogrodu dookoła. Miała wiele planów i zamierzeń, ale wszystko trzeba było omówić z mężem, wiec czekała z niecierpliwością jego przyjazdu. Do tego miał przywieźć sadzonki pnących róż.   Rodzice obiecali, ze kupią, by oszczędzić młodym szukania i wydatków. Zdążyli już pojąć, że jeśli podczas odwiedzin syna, skupiają się na tym, co myśli i zamierza Mirka – to na Adasia nie trzeba długo czekać – wpadnie przy lada okazji. Jeśli jednak omawia się wiele ważnych spraw, a o synowej nawet się nie wspomni; to długo   będzie mu do domu nie po drodze..   Dlatego, gdy Adam wspomniał o marzeniu żony, że by chciała tak, jak to widzieli w Paryżu przy Saint Bernard   obsadzić ganek i frontową ścianę pnącymi różami – natychmias...
  Wyjść na prostą Iwona marzyła i śniła po nocach o tej chwili, ale nie wierzyła, że kiedyś marzenia się spełnią. A jednak udało jej się uciec z zakładu poprawczego. Klucząc, dobiegła do przedmieścia. Zapadał dżdżysty, październikowy wieczór, gdy dobrnęła do ogródków działkowych. Włamała się do bardzo przyzwoicie wyglądającego domku i tam przenocowała. Znalazła ubranie, żeby się przebrać i parę dość cennych rzeczy, które udało jej się sprzedać na targu. Bez przeszkód wsiadła do pociągu. Rozparta na siedzeniu myślała – Cuda się zdarzają, jestem wolna! Jednakże podróż mogła się skończyć przy pierwszej kontroli biletów. Zaryzykowała i znów się udało. Poszła do konduktora i powiedziała: - Jadę na gapę, chcę przejechać całą Polskę i dotrzeć do Szczecina. I co pan na to?- zapytała. Zrozumiał w czym rzecz, znalazł pusty przedział i skorzystał z okazji. Przemycił Iwonę do Poznania, tam przekazał nowej drużynie konduktorskiej, prowadzącej skład do Szczecina. Już prawie była na miejscu...
  Po burzy jest pogoda W samotnym i smutnym życiu pani Anieli nieoczekiwanie pojawiłł się młody i przystojny Henryk. Życie znów nabrało barw. Była szczęśliwa, a ślub wydawał się być kwestią miesięcy. On jednak zwodził, kręcił i coraz natarczywiej przyglądał się jej dorastającej córce. Dominika była panieńskim dzieckiem Anieli, to dla niej rezygnowała nie raz z kolejnych znajomości, obawiając się, że ten, który ją wybiera, nie będzie chciał jej dziecka. Teraz starała się zapewnić swojej jedynaczce ciekawe zajęcia, miłe towarzystwo, by była jak najdalej od swego przyszłego ojczyma. Za nic w świecie nie chciała stracić Henryka - a córka - no cóż, jest prawie dorosła. Dominika coraz częściej przebywała poza domem, później nie zawsze wracała na noc - a matka, zajęta narzeczonym - na wszystko przymykała oczy. Minął rok i drugi, i skończyło się na tym, że Henryk odszedł, a ludzie wzięli na języki Dominikę, która czuła się wolna, niezależna, nie posłuszna żadnym zasadom. Odeszła o...