Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nim zakwitną bzy Mariola miała już chłopaka upatrzonego na męża, gdy jej młodsza siostra z konieczności wyszła za mąż. Młodym nie układało się od samego początku . Mariola , patrząc na poniewierkę swojej siostry , odłożyła ślub na później . I tak to się zaczęło. Lata mijały, a ona wciąż odkładała decyzje, choć chętni byli . Małżeństwo jawiło jej się jako pasmo udręki. Skończyła zaocznie studia i pracowała w dużej, nowoczesnej bibliotece . Dyrekcja wysłała ją na szkolenie do Koszalina . Styczniowy dzień zaczął się nieprzyjemną mżawką, później zerwał się wiatr .Było ciemno, zimno i ponuro. Siedziała w dworcowym barze i kończyła śniadanie , gdy przysiadł się jakiś mężczyzna. - Dobrze , że skończyłam jeść bo pod wpływem tego natarczywego spojrzenia chyba bym nawet kęsa nie przełknęła- pomyślała zerkając katem oka na nieznajomego, który bacznie się jej przyglądał. - Dziwak jakiś - skonstatowała i nawet żartowała sobie z niego ze współlokatorką z pokoju. Nazajutrz...
Najnowsze posty
  Podróż sentymentalna Uradziliśmy w domu, że kupimy działkę, postawimy tam domek letniskowy i będziemy mieli gdzie przyjeżdżać wypoczywać. Zaraz przyszła mi na myśl wioska malowniczo położona; znana mi z licznych tam pobytów. Wujek miał spore stado bydła i potrzebował pomocy latem przy sianokosach. Namówiłem kolegę pojechaliśmy i tak ciężko pracowaliśmy, że pewnie byłby to nasz ostatni wyjazd. Jednakże w jeden wyjątkowo upalny dzień, gdy składaliśmy siano w kupki; poszliśmy napić się wody do najbliższego gospodarstwa. Tam po raz pierwszy zobaczyliśmy dwie piękne dziewczyny – bliźniaczki. Od tego dnia albo my szliśmy po wodę albo one nam przynosiły picie. Znajomość się pogłębiała, zaczęły się wieczorne spotkania. Sprawa się wydała i wujek, i ciocia byli bardzo przeciwni tej znajomości, gdyż od lat byli bardzo skłóceni z rodzicami panienek. Chodziło o jakieś spory graniczne. Spaliśmy na sianie w szopie; już o piątej rano wujek ,z premedytacją, tuż przy niej, klepał kosę,...
Trzcina na wietrze Było upalne lipcowe popołudnie. Dziewczyna siedziała na ławeczce i czekała  na  autobus. Trzymała, jak wiejskie babcie ,torbę z zakupami na kolanach i jak wiejskie panienki przyjechała do miasta po zakupy w butach na wysokich obcasach. Strój też miała jakiś pretensjonalny, ale była ładna i nie zwracała na Romana najmniejszej uwagi - co się rzadko zdarzało. Do tego okazało się , że jadą tym samym autobusem, wysiadła po drodze, w małej wiosce, więc wiedział, gdzie jej szukać. Systematycznie jeździł na dyskoteki w okolicznych miejscowościach i szukał panienki – na darmo. Już prawie zrezygnował, kiedy zapytany mimochodem kolega zaczął coś kojarzyć. To pewnie od pani Marty, te dziewczyny nie chodzą na dyskoteki. Roman nie znał pani Marty. Okazało się, że to emerytowana, samotna nauczycielka; mąż zmarł, jedyna córka wyjechała do Anglii, więc ona nawiązała współpracą z Domem Dziecka z pobliskiego miasteczka. Zaprasza do siebie dzieci na wakacje, na św...
W życiu bywa różnie Kamienica była brudna i odrapana, mimo to pani Iwonce wydawała się pałacem. Z wielkim zapałem nosiła sprzęty i paczki na trzecie piętro .Mieszkanie cudem udało jej się wychodzić i wyprosić - dotąd mieszkali w strasznej ciasnocie u teściów. Mąż, niezadowolony z całej tej sytuacji, był gościem w domu, choć była dwójka dzieci i trzecie w drodze. Gdy tak targała po schodach ciężką paczkę, minął ją elegancik - włosy miał przyczesane w ząbek i cwaniacki uśmieszek na twarzy. Przystanął, popatrzył, po czym wziął karton i zaniósł do mieszkania. - A tego kto tu prosił? Co on ma do naszej przeprowadzki? - fuknął mąż, jakby mu kto krzywdę zrobił - Nic nie ma, po prostu pożałował kobiety w ciąży, że dźwiga - odrzekła Iwona i przysiadła na jakimś kartonie, żeby odsapnąć. Ta dzielna kobieta była salową; napracowała się w szpitalu, naharowała w domu, nadenerwowała na męża i dzieci - tak, że nieraz wszystkiego miała po dziurki w nosie. Wiele sobie obiecywała po tym, ...
Mały, biały domek Gdy dom był pełen gwaru, tętniący życiem; obfitujący w kłopoty i problemy – pani Agata nieraz wzdychała : Zazdroszczę samotnym wdowom, te to mają święty spokój . Przyszedł czas, że i ona została samotną wdową, ale wcale się z tego nie cieszyła. Tak córki, jak i syn byli pochłonięci swoimi rodzinami, swoimi sprawami. Jak ktoś przyjeżdżał, to nie bezinteresownie. Wnuki wolały towarzystwo rówieśników. Niedzielne obiady też niby były po to, by babcia nie czuła się opuszczoną, w istocie był to dzień ciężkiej harówki. Nieraz zasłuchana w piękną, starą melodię ocierała łzy. Życie się dla mnie skończyło, mam tylko wspomnienia – myślała. Najgorzej było jesienią i zimą. Telewizja i gazety męczyły oczy; pozostawało radio i jakieś drobne robótki. Wieczorami lubiła dzwonić do wnuków i słuchać ich relacji, co w szkole, co w domu. Kiedyś, gdy zadzwoniła, w słuchawce odezwał się niski, męski głos. To była pomyłka, pani Agata przepraszała i tłum...
Bywa i tak Czas mijał i żadne szydło z żadnego worka nie wychodziło! Chłopak, jak był na początku znajomości , tak i po miesiącach- wciąż miły, grzeczny, oddany i posłuszny. „ To nie może być prawda – myślałam – takich facetów nie ma.” Odwiedziłam kiedyś moją leciwą babcię i radziłam się, co zrobić, by go poznać, jaki jest faktycznie. Babcia orzekła, ze najlepiej się poznaje człowieka podczas wspólnego działania. Tak się składało, że chcieliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową, takie przywitanie lata. Trzeba było dopompować powietrza. Bardzo się starał, męczył , kombinował – a powietrza nie przybywało. No i ja musiałam napompować oba rowery! Pojechaliśmy na działkę do rodziców, wiśnie były oberwane; trzeba było wypestkować i część usmażyć. Drylowanie mu nie wychodziło, kazałam mieszać dżem. Po jakimś czasie siedząc przed domkiem, poczułam, że się przypala. On siedział przy kuchence, czytał gazetę i tak, jak kazałam, co parę minut mieszał, a że się w międzyczasie przypaliło... ...
  Saldo końcowe  Ta historia zaczęła się dziesięć lat temu; urodziłam chore dziecko i wkrótce po tym odszedł ode mnie mąż. . Pomagał mi nasz proboszcz, podtrzymywał na duchu, dawał pieniądze i starał się o potrzebne leki. To były drogie specyfiki przeważnie z Niemiec. Chciałam zapoznać się z treścią ulotek, lecz nie znałam języka – ksiądz dał mi adres tłumaczki. Tak trafiłam do pani Melanii. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czułam się przy niej, jak kopciuszek. Bo też była to kobieta wielkiej urody pełna dostojeństwa i czaru. Pani Melania jest tłumaczką; nie obyła się bez niej żadna wizyta naszych władz w Niemczech, czy niemieckich u nas. Lśniła i błyszczała, była prawdziwą ozdobą każdej imprezy i uroczystości. Pracowała na pół etatu w liceum i dawała korepetycje. Przy okazji następnych wizyt poznałam też jej męża. Pan Tolek był skromnym urzędnikiem bankowym. Kiedy porównywałam mój jedyny, zagracony pokoik z ich pięknie urządzoną willą, czułam jaka dzieli nas różnic...