Saldo końcowe Ta historia zaczęła się dziesięć lat temu; urodziłam chore dziecko i wkrótce po tym odszedł ode mnie mąż. . Pomagał mi nasz proboszcz, podtrzymywał na duchu, dawał pieniądze i starał się o potrzebne leki. To były drogie specyfiki przeważnie z Niemiec. Chciałam zapoznać się z treścią ulotek, lecz nie znałam języka – ksiądz dał mi adres tłumaczki. Tak trafiłam do pani Melanii. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czułam się przy niej, jak kopciuszek. Bo też była to kobieta wielkiej urody pełna dostojeństwa i czaru. Pani Melania jest tłumaczką; nie obyła się bez niej żadna wizyta naszych władz w Niemczech, czy niemieckich u nas. Lśniła i błyszczała, była prawdziwą ozdobą każdej imprezy i uroczystości. Pracowała na pół etatu w liceum i dawała korepetycje. Przy okazji następnych wizyt poznałam też jej męża. Pan Tolek był skromnym urzędnikiem bankowym. Kiedy porównywałam mój jedyny, zagracony pokoik z ich pięknie urządzoną willą, czułam jaka dzieli nas różnic...