Tylko ty Arek, pierworodny syn Sabiny i Pawła był bohaterem tego wieczoru -
zajął
pierwsze miejsce w powiatowym konkursie recytatorskim. Matka cieszyła
się z tego niezmiernie. W szarym, smutnym życiu, jakie ostatnio
wiedli, był to jedyny jasny punkt.
Zadzwoniła do męża,
który ciężko chory leżał w szpitalu i podzieliła się swoją
radością , ale to nie zrobiło na nim większego wrażenia. Nie
zdziwiła się, bo od pewnego czasu dom i rodzina mało go
obchodziły. Po dawnemu tylko potrafił być zgryźliwy, dokuczliwy i
zazdrosny.
Niedługo minie siedemnaście lat męki z tym moim Pawłem – rozmyślała ze smutkiem – A zapowiadało się tak dobrze.
Ona – piękna dziewczyna o gołębim sercu, świeżo po szkole pielęgniarskiej; on oficer wojskowy – szczyt marzeń niejednej panienki. Po ślubie zaraz dostali mieszkanie na osiedlu i wyprawkę ,żeby się zagospodarowali
.
Mieli wszystko, by używać życia, żeby się cieszyć sobą
nawzajem. Niestety – wkrótce okazało się, że Paweł jest
chorobliwie zazdrosny, że nie wierzy Sabinie ,że nie ufa w
sprawach tak błahych, jak i bardzo ważnych.
Jeszcze wtedy
wierzyła w to, że jeśli wyeliminuje ze swego życia to, co napawa
go największym lękiem – będzie dobrze. Bał się jej kontaktów
z mężczyznami podczas nocnych dyżurów; przez jakiś czas nie
pracowała w nocy, nie pomogło. Żądania zaś rosły: zrezygnowała
więc z pracy w szpitalu, wzięła parę godzin w szkole i
przedszkolu, też na nic.
Zaczęła bronić swoich racji,
dochodziło do coraz większych awantur, Paweł próbował
rękoczynów. Może ten sposób wymuszania swoich racji by się
utrwalił, lecz mężnie stawała do walki; nie chciał paradować z
podrapaną twarzą i dał spokój.
Nadrabiał wyzwiskami i
nieustannym wmawianiem kolejnych romansów. W tym czasie ojciec
Sabiny - ceniony chemik, wyjechał na kontrakt do Niemiec, podobało
mu się tam i w krótkim czasie ściągnął matkę i młodszego
brata. Chcieli, aby dołączyła do nich, póki nie ma dziecka
Kochała Pawła i nie chciała wyjeżdżać. Paweł zaś zdał sobie
sprawę, że może ją stracić i złagodniał .
Wkrótce urodził się Artur, a po dziewięciu latach Marzenka. Znów
bywało burzliwie, na czym najbardziej cierpiały dzieci . Arek stał
się milczkiem, zamkniętym w sobie z problemami w szkole, Marzenka
za to wymuszała wszystko krzykiem i histerią.
Wiele sobie obiecywała po tym, jak mąż przeszedł na emeryturę, jednakże wtedy zaczęła się choroba.
Narastające kłopoty z wątrobą nie przypisywał swojej skłonności do alkoholu, lecz błędom dietetycznym, jakie ona rzekomo popełniała od zawsze.
Konkurs
recytatorski na szczeblu rejonu miał bogatą oprawę artystyczną.
Po deklamacjach dzieci i młodzieży, grał i śpiewał zespół z
Domu Kultury, a później wystąpiła trójka aktorów z Warszawy:
starsze małżeństwo i wysoki mężczyzna w średnim wieku.
Recytowali najpiękniejsze wiersze, prezentowali fragmenty znanych
sztuk – bawili publiczność komicznymi scenami.
Wreszcie rozdano nagrody i sala opustoszała. Za kulisami trwały wciąż ożywione rozmowy, radosne okrzyki, a że i Arek w nich uczestniczył, Sabina przysiadła w holu, wyjęła robótkę i kończyła robić na szydełku czapkę dla Marzenki. Po jakimś kwadransie nadszedł wreszcie synek, ale w towarzystwie owego wysokiego aktora.
Pani syn ma zdolności aktorskie, ma niezwykłe wyczucie taktu, wewnętrznego rytmu tekstu – jestem pod wrażeniem – odezwał się do zarumienionej mamy przysiadając obok.
Jego polonistka też tak twierdzi. Wciąż powtarza, że po gimnazjum musi wybrać dobrą szkołę w dużym mieście, żeby tam działało kółko teatralne – odpowiedziała uśmiechając się do pana Marcina – tylko że u nas teraz ciężko z finansami i nie wiem....
Ależ droga pani – przerwał – jest tyle możliwości dofinansowania, tyle źródeł z których wspomaga się wybitnie uzdolnione dzieci, trzeba z tego korzystać.
No tak, tylko, że trzeba mieć jakąś wiedzę o tym wszystkim.
Proszę do mnie zadzwonić, postaram się pani pomóc – rzekł podając Sabinie wizytówkę. – A może byśmy się spotkali na przykład jutro? My tu będziemy jeszcze przez trzy dni, bo mamy zaproszenia do okolicznych szkół. Jutro będę mądrzejszy, dowiem się co i jak. No to co, jutro o tej porze w hotelowej kawiarence?
No w zasadzie możemy przyjść, bo będziemy tu niedaleko w szpitalu u męża – odrzekła. Tak powiedziała, ale w duchu powzięła już postanowienia, że na to spotkanie przyjedzie sama.
Przyjechała zaraz po
południu, okłamała męża, że wraca wcześniejszym autobusem i z
drżeniem serca przekroczyła próg kawiarni. Pan Marcin wstał od
stolika i zapraszał ruchem ręki.
Dysponował , póki co,
tylko adresem bursy prowadzonej przez zakonników pod Warszawą;
lecz cóż to była za przyjemność wieść spokojną rozmowę, bez
aluzji, przytyków i złośliwości.
Dowiedziała się, że
jej rozmówca ma za sobą dwa małżeństwa. Pierwsze zawarte na
początku studiów rozpadło się
po trzech latach, mimo, że jeszcze przed ślubem urodziła im się
córeczka, która teraz jest dorastającą panienką wychowywaną
przez dziadków. Druga żona – śpiewaczka operetkowa, podczas
tournee po krajach skandynawskich poznała pewnego wspaniałego
Szweda – do tego stopnia niezwykłego, że postanowiła resztę
życia spędzić przy nim w Sztokholmie.
Ale, że jest dobrą
kobietą, to przysyła od czasu do czasu trochę forsy i można wtedy
wesprzeć teściów i córeczkę
.
-No bo aktor to człowiek do wynajęcia, jak nie wynajmują – to
się nie ma gotówki – zakończył swoją prezentację pan Marcin
i czekał, aż Sabina opowie o sobie.
– O czym mówić o
poniewierce, zawodzie, żalu? Czy o niedostatku ostatnich lat? Sabina
milczała długą chwilę, później zbyła pana Marcina jakimiś
ogólnikami i zaczęli rozmawiać na inne, weselsze tematy.
Czas tak szybko przeminął, że ledwo zdążyła na autobus. Prosił,
by przyszła pożegnać się, gdy będą wyjeżdżali.
Po
dwóch dniach znów się spotkali. Przyglądali się sobie, jakby
chcieli zapamiętać swoje twarze przed rozłąką. Dwoje ludzi
bardzo pragnących ciepła, uczucia , bliskości. Prawił jej
komplementy, delikatnie dotykał dłoni, patrzył w oczy i prosił,
by kontynuowali znajomość. Był gotów zboczyć z trasy, kiedy będą
wracać do Warszawy, żeby móc znowu tak posiedzieć i porozmawiać.
Umówili się, że napisze list na adres hotelu i poda dokładną
datę , kiedy będzie
–
Jak to dobrze, że spotkałam kogoś takiego! O ileż więcej mam siły, aby znosić swój los – rozmyślała jednego dnia, by następnego ulec wątpliwościom i wyrzutom sumienia: przecież ja zdradzam chorego męża, może jeszcze nie uczynkiem, ale myślą z całą pewnością. Tylko, że ja od lat cierpiałam niewinnie, no to teraz przynajmniej wiem, że czegoś tam się dopuszczam..
Nie
mogła się doczekać następnego spotkania, on chyba też, bo widząc
ją podszedł , objął ją i pocałował.
Z ochotą
odwzajemniła by ten niewinny pocałunek, lecz jedyne na co się
zdobyła, to był lekki uścisk jego ręki. Umówili się, że będą
ze sobą korespondować. Listy do Sabiny miały czekać w portierni
hotelu.
Pod
wpływem znajomości z tym pełnym ciepła i uroku mężczyzną ,coś
się w Sabinie zmieniło. W rozmowach z mężem umiała odgrodzić
się murem obojętności.
Już złośliwości tak nie raniły,
a jad słów nie zatruwał duszy. Cokolwiek mówił, pozostawało bez
oczekiwanej reakcji, cokolwiek czynił – nie wywierało na niej
wrażenia.
Wypisano go do domu, potrzebował nieustannej
opieki, potrzebował odrobiny serca zainteresowania – a nie
znajdując tego, począł rozmyślać, jak zmusić żonę do zmiany
postawy. Najczęściej powtarzał:
Już niedługo się doczekasz, zamknę oczy, a ty będziesz używać życia do woli!
Niby
chciał być lepszy, lecz byle co powodowało wybuch wściekłości;
tak, że i żona i dzieci odetchnęli z ulgą, gdy po miesiącu znów
trafił do szpitala.
Sabina udręczona niedostatkiem i chorobą
męża biegała do hotelu po listy Marcina, jak po drogocenne
lekarstwo. Zawierały słowa otuchy, niezliczone, piękne komplementy
, a wszystko poprzeplatane fragmentami wzruszających wierszy.
Było
coraz cieplej i radośniej; zbliżała się wiosna. Ten czas zawsze
napawał Sabinę nową nadzieją i otuchą – teraz było inaczej;
Paweł bardzo schudł i osłabł, czy to w domu, czy w szpitalu –
przeważnie milczał. Sabina zdała sobie sprawę, że to mogą być
ostatnie miesiące jego życia. Ogarnął ją lęk i straszny żal -
i za szczęściem, co go było tak mało i za młodością, za tym
wszystkim, co pozostawało tylko marzeniem...
Rodzice
Pawła wiedzieli o chorobie, lecz nie zdawali sobie sprawy, że jest
tak źle. To nie była rozmowa na telefon, trzeba by było pojechać
i opowiedzieć, jak jest naprawdę
. Decyzja była trudna, gdyż
rodzice uważali, że gdyby Sabina była inna, to byliby szczęśliwym
małżeństwem. Była nie lubianą synową, mimo to postanowiła
pojechać, tym bardziej, że narastały problemy z Marzenką.
Dziecko bardzo źle znosiło ciężką domową atmosferę i zarówno
opiekunki w przedszkolu, jak i lekarz zalecali, by mała zmieniła na
jakiś czas otoczenie.
-Skoro będę w Sochaczewie, to może... -Tak bardzo potrzebowała teraz wsparcia, odrobiny ciepła, dobrego słowa. Miotana sprzecznymi uczuciami, napisała do Marcina, że mogą się spotkać, że będzie niedaleko.
Spodziewała się, że u teściów nie będzie zbyt miło, lecz, że aż tyle będzie musiała znieść – nie przypuszczała: teściowa nie przyjmowała do wiadomości, że syn jest bardzo chory.-
Przecież to młody chłop, wojskowy! Jak mogłaś dopuścić, żeby tak osłabł, dlaczego nie szukałaś lepszej lecznicy!? A jak sama nie potrafisz, to czmuś nas nie poprosiła?- wykrzykiwała stojąc przed znękaną Sabiną tak, że dziadek wziął małą do ogrodu, żeby tego wszystkiego nie słuchała.
Nie było sensu tłumaczyć się. Zresztą wiedziała, że Marcin będzie czekał na dworcu, więc nie dokończywszy nawet obiadu poczęła się zbierać. Zdawała sobie sprawę, że sprawi teściowi przykrość, lecz na jego propozycję, że odwiezie ją na pociąg ,musiała odpowiedzieć stanowczo::-Dziękuję , poradzę sobie! Odprowadzili ją oboje do furtki i czekali, aż przyjedzie taksówka. Teść, bardzo zmartwiony, przypomniał sobie, że słyszał o jakimś lekarzu z Rosji, który tu leczył w okolicy. Obiecał, że dowie się, jak można do niego trafić. Sabina podziękowała mu gorąco , uściskała córeczkę i już trzeba było wsiadać do samochodu.
Marcin wyglądał wspaniale; opalony, radosny; powitał Sabinę szeroko otwartymi ramionami. Wprost kipiał energią, a wizyta tej, o której ostatnio nieustannie myślał , dodatkowo go uskrzydlała. Mówił bez przerwy, żartował dowcipkował, w końcu, widząc, że Sabina nie bardzo za nim nadąża, zapytał, co u niej. Opowiedziała krótko o wizycie u teściów i ze ściśniętym sercem przedstawiła stan w jakim był mąż. Nie, nie mogła się mylić, choć siedząc obok kierowcy, tylko kątem oka widziała jego twarz – spostrzegła jednak, że Marcin absolutnie się ciężką chorobą Pawła nie zmartwił, wprost przeciwnie...
Widząc jej chmurną, zamkniętą twarz począł przemawiać:
-
Sabinko, jesteś piękną i bardzo dobrą kobietą, wspaniałą matką i żoną; jesteś krystalicznie czysta! Przecież o takiej kobiecie marzy każdy chłop! Ciebie się powinno na rękach nosić, obsypywać prezentami, że o pieszczotach i pocałunkach już nie wspomnę – a czego ty w życiu doświadczyłaś, no przyznaj się – czego?
Sabina nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, uśmiechnęła się więc i żeby zmienić temat, zapytała:
- Gdzie i kiedy zdążyłeś tak pięknie się opalić?
A byliśmy prawie przez miesiąc w Krynicy i okolicach. Chałtura, chałturą, ale był czas i na narty i na błogie wylegiwanie się na leżakach. My tu gadu, gadu – a ty pewnie jesteś głodna? Co byś powiedziała na spóźniony obiad i pyszną kawę gdzieś po drodze.
Nie, nie jestem głodna.
Jednakże licz się z tym, że musimy przejechać przez całą niemal stolicę, by dotrzeć do mego Rembertowa.
Nic nie szkodzi, wytrzymam. Mam nadzieję, że u ciebie da się odpocząć, że tramwaje nie jeżdżą pod samymi oknami? –
Bądź spokojna, do tramwaju mam bardzo daleko ,mieszkam na willowej ulicy. Jest cichutko i powiedziałbym sielsko. U nas co starsi mieszkańcy co roku o tej porze bielą pnie drzew owocowych. Wiesz, jak to pięknie wygląda?
Zbyt długo oboje marzyli i śnili o takim spotkaniu, by coś mogło ich powstrzymać przed upragnionym zbliżeniem. Tylko, że Sabina oczekiwała innych, piękniejszych doznań. Spełniło się, lecz nie dało radości, tylko niesmak i wstyd. Do tego Marcin zamiast przytulić się i ukołysać ją do snu, cmoknął w policzek, życzył dobrej nocy i poszedł spać do sąsiedniego pokoju. Tłumaczył, że nie chce budzić jej wczesnym rankiem; on jednakże musi wstać skoro świt, bo ma próbne zdjęcia w telewizji, jak się powiedzie – przez najbliższy rok będzie miał stałe zajęcie. Rano spostrzegła, że brał środek na sen i że zostawił wszędzie straszny bałagan.
Plan był taki, że wróci najszybciej, jak się da i ruszą pozwiedzać miasto, pogościć w najlepszych restauracjach, no i wieczorem odwiezie Sabinę na pociąg.
W pustym, obcym mieszkaniu zdała sobie nagle sprawę z bezsensu swojej tu obecności. Przypomniało jej się, że Marcin wręcz ucieszył się słysząc o tym, w jakim stanie jest jej mąż.-
Po co mi to było? Co zyskałam? Ależ jestem głupia i do tego podła – rozmyślała gorączkowo zbierając do torby swoje rzeczy. Ogarnęła z grubsza pokoje i w zasadzie można było wyjść. Ale tak bez słowa pożegnania? Usiadła i napisała krótki list, w którym podziękowała, że był z nią w bardzo trudnym okresie jej życia, że wspierał, że okazał tyle serca. Ale teraz już – cokolwiek się zdarzy – sama musi stawić temu czoła; wobec tego prosi, by nie pisał i nie szukał z nią kontaktu. Pomyślała- Nigdy więcej ! – i mocno zatrzasnęła drzwi.
Miała za mało pieniędzy na taksówkę, wybrała więc autobus, na szczęście niedługo musiała czekać na swój pociąg. Była pewna, że rodzice zadzwonili i że Paweł wie, że gdzieś się zatrzymała; spodziewała się, że czeka ją szalona awantura. Postanowiła powiedzieć prawdę i wręcz była ciekawa, jakie to zrobi na mężu wrażenie.
I tu – chyba pierwszy raz w życiu – pomyliła się w swoich oczekiwaniach. Rodzice nie dzwonili. Obaj panowie – syn i mąż powitali ją z wielką radością. Usta im się nie zamykały, tak się starali opowiedzieć jej, jak sobie radzili.
Wczoraj było tak cieplutko, byliśmy z tatą na balkonie, posprzątaliśmy, i tatuś kazał przynieść skrzynki z piwnicy i posiał kwiatki!- relacjonował Aruś. Zjedli przygotowany przez dzielnych gospodarzy posiłek.
Uszczęśliwiona i uspokojona Sabina , siadła na stołeczku przy męża tapczanie i rzekła:
Ja wiem, że u ciebie porządek, to rzecz święta, ale teraz musisz się oszczędzać, to raz, a dwa, że te nasiona mają już ze trzy lata, nie wiadomo, czy coś urośnie.
Popatrzyła na męża, jak za dawnych lat i opowiedziała o wizycie u rodziców, pomijając nieprzyjemną rozmowę z matką. Na koniec wspomniała, że ojciec ma szukać znanego z licznych sukcesów lekarza pochodzącego z Rosji.
To na nic, przecież ja nie pojadę do Sochaczewa, nie dam rady – odrzekł Paweł ze smutkiem.
- Ojciec będzie go namawiał, żeby przyjechał do ciebie. – mąż tylko machnął ręką, uznając taką możliwość za niedorzeczną. Sabina chciała wstać, delikatnie ujął jej dłoń.
Mam dużo czasu, rozliczam się powoli ze swojego życia. Chciałbym, żebyś mi wybaczyła to wszystko, co ci złego uczyniłem – popatrzyła mu w oczy i mocno ścisnęła dłoń- Nigdy cię nie wsparłem w trudnych chwilach, a ty mnie nie odstępujesz w chorobie. Zmarnowałem ci życie, Sabinko – i chyba już nie zdążę niczego naprawić..
Przytuliła się do męża i rozpłakała się.
Ty, taki twardziel i uparciuch, poddajesz się? –usiłowała się uśmiechnąć i nadać rozmowie mniej tragiczną formę. – A jak te nasionka powschodzą, a jak tato skłoni tego doktora do przyjazdu, to zechcesz powalczyć?
To wszystko głupstwo, powalczę, bo cię kocham i mam odrobinę nadziei, że i ty mnie kochasz. Warto, bo mamy siebie i dzieci – odrzekł cichutko
z trudem hamując łkanie.
Jeśli chodzi o dzieci, to młodsze było nieobecne, a starsze zamknęło się w toalecie i długi czas nie chciało wyjść, może czekało, żeby oczy całkiem obeschły.
W drugi dzień Świąt Wielkanocnych nastała taka pogoda, że gdyby nie kwitnące przebiśniegi, krokusy, obsypane kwieciem forsycje – to by można było pomyśleć, że to listopad. Wiał zimny, przenikliwy wiatr i padał deszcz ze śniegiem W taki przykry czas przyjechał ojciec Pawła i przywiózł tak bardzo oczekiwanego doktora Siergieja!
Już w przedpokoju zaniepokoił się, że syn ich nie wita. Synowa wyjaśniła, że leży, bo dziś przy tej pogodzie gorzej się czuje. Jednakże widok syna – żałosny cień tego zawsze tak silnego, sprężystego Pawła – omal nie zwalił ojca z nóg. Opanował się jednak i ściskając mu chudą, pomarszczoną dłoń, zagadał:
Twoja matka, twoja siostra i twoja córka pojechały modlić się za ciebie do Lichenia, twój ojciec tłukł się trzysta kilometrów w ścisku i niewygodzie, by ci przywieźć lekarza – a ty tymczasem wylegujesz się na wysokich poduchach i tylko czekasz, żeby koło ciebie latać! Takiemu to dobrze, taki pożyje! – Paweł uśmiechał się blado.
A ojcu starczyło jeszcze sił , by poopowiadać o wnuczce, że ma już dwie koleżanki, że skądś przywlokła małego kota. Jak się okazało chorego i zapchlonego; zaraz się z nim pojechało do weterynarza , no i teraz są nierozłączni.- Tak, że musicie się liczyć z tym, że mała go tu wam przywiezie.
Kiedy doktor przystąpił do badania, ojciec wyszedł do kuchni i zapłakał:
Sabina, na litość boską, co jemu jest?! Czy to rak?
Niby badania wykazują, że to marskość wątroby, ale nie wszyscy lekarze są tego zdania - no i co z tego, kiedy powoli wszystkie narządy odmawiają pracy. Paweł już nie chce iść do szpitala, mówi, że jak straci świadomość, to będę go mogła tam zawieźć.
Z niepokojem czekali, co powie Siergiej. Ten o dziwo był dobrej myśli, oświadczył, że z tego, co widział w wypisach ze szpitali, to pacjent był nie tyle leczony, co intensywnie zatruwany wciąż nowymi specyfikami.
Późnym wieczorem siedział z Sabiną i sporządzali spis tego, co będzie potrzebne. Była pielęgniarka co chwila otwierała szeroko oczy, ale zapisywała bez szemrania: 10 główek białej kapusty, 10 kg. czerwonych buraków, 10 kg marchwi; cała lista ziół ze skrzypem i nagietkiem na czele.– Boże mój kochany i to ma pomóc? – myślała trwożnie – tak czekaliśmy na tego wszechstronnie niby wykształconego lekarza , a on mi tu wyjeżdża z burakami...?
Wszystko zostało jednakże zakupione i doktor przystąpił do działania. Były to masarze stóp, dłoni, jakichś, tylko jemu znanych punktów na ciele, gorące okłady z ziół na wątrobę - i zamiast posiłków, soki z warzyw.
Trzeciego dnia nastąpił kryzys, Paweł przez pół dnia wymiotował. Ojciec trzymał się za serce, Sabina miała ochotę wyrzucić Siergieja z domu – a sam doktor skupiony i uważny siedział przy chorym i modlił się
. Po tym naturalnym oczyszczeniu, Pawłowi zaczęło się poprawiać. Uspokojony nieco tato, wrócił do domu. Po paru dniach i Siergiej oświadczył, że jego obecność nie jest już konieczna. Późnym wieczorem poprosił Sabinę na rozmowę. Wlał w jej duszę przekonanie , że mąż wyzdrowieje. A później popatrzył
przenikliwymi, czarnymi oczami i rzekł: nu piszi – rano podasz- tu wymieniał rodzaj soku i kaszki, później z czego okład i jak długo ma być na brzuchu i tak niemal godzina po godzinie, co trzeba będzie robić, kiedy on wyjedzie.
A kiedy już przyszedł dzień wyjazdu, doktor długo rozmawiał z Pawłem; na koniec podał mu rękę i rzekł dobitnie; Ja oczyścił ciało, ale duszę sam musisz. Powyrzucaj, kochany, wszystko niedobre – strach, złość, zazdrość i co tam jeszcze masz.. U nas powiadają; ”Grzeszne ciało duszę zjadło”
A u nas się mówi; „ W zdrowym ciele, zdrowy duch” odrzekł Paweł śmiejąc się i uściskał serdecznie Siergieja.
Chory powoli powracał do zdrowia. Proces ten przebiegał skokami – już było dobrze i z nagła przychodziło pogorszenie i zwątpienie.
Wtedy oboje walczyli i fizycznie i duchowo, żeby nie stracić nadziei. Jednakże z tygodnia na tydzień było lepiej. Wieczorami Sabina padała z nóg. Szła do swego pokoju i tylko się modliła, by Paweł nie wołał w nocy, jak to często bywało .Któregoś wieczoru długo nie mogła zasnąć i z nagła – ach, co za piękny trel za oknem: słowik śpiewa
!- No tak, przecież to maj. Świata bożego człowiek nie widzi i nie słyszy biegając przy chorym – rozmyślała zasłuchana. – Jak cudnie byłoby, gdybyśmy tak oboje mogli tego posłuchać. Ale Paweł pewnie śpi, niech śpi. Minęło parę dni i wszystko się powtórzyło z tym, że wyraźnie słyszała, że mąż nie śpi.Zajrzała do jego pokoju, a on uchylił kołdry i zaprosił ją na swój tapczan. Leżeli zasłuchani w rozkoszny śpiew nocnego artysty.
- Ja tego koncertu słucham już od paru dni i tak bardzo chciałem żebyśmy mogli posłuchać tego razem - szepnął - ale nie chciałem cię budzić. Ostatnio jesteś przemęczona. Bogu dziękuję, że cię mam i że mi nie pamiętasz tego wszystkiego..
Cokolwiek oboje uczyniliśmy złego, teraz to już nie ma żadnego znaczenia- odrzekła również szeptem-Zaczęliśmy nowe życie. Dla mnie byłeś i jesteś zawsze tylko ty! – przerwała mężowi. Pojednani, przytuleni, szczęśliwi, zasłuchani w tajemne trele - posnęli nie wiadomo kiedy.
Na początku lipca przyjechała mama z Marzenką i kotem Murzynkiem. Paweł był już podleczony, lecz rodzicielka i tak załamała ręce
:-O, ja widzę, że będę musiała pobyć tu, stanąć przy kuchni i gotować, żebyś ty dzieciaku ciała nabrał..Oczywiście , mamusiu, ale w przyszłym roku, póki co, jestem na ścisłej diecie i...
Dyskusja
pewnie jeszcze by potrwała, tylko, że kotek uciekł i najpierw
dzieci, a później i reszta rodziny musiała śpieszyć go szukać
Żeby uniknąć takich niespodzianek, następnego dnia Sabina
kupiła szelki do spacerów i po obiedzie wszyscy wyszli na skwerek
osiedlowy uczyć i kota i Marzenkę owego spacerowania. Obok
przechodziły dwie panie z sąsiedniego bloku; wiodły taką rozmowę:
Patrz, pani, i ten Butner wykaraskał się jakoś z choroby, a jak się słyszało, to dni miał policzone.
O tak. Kiepsko z nim było. Jak mój był u niego w lutym, to ledwo go poznał, taki był chudy, dosłownie skóra i kości. A teraz wygląda coraz lepiej.
Ludzie mówią, że przywieźli jakiegoś znachora z Warszawy i ten go uleczył.
Tak, tak ja widziałam tego człowieka - taki czarny, zarośnięty. Takiego zobaczyć wieczorem gdzieś w ustronnym miejscu, bo by się chyba umarło ze strachu .
Słyszałam, że Sabina od jesieni wraca do pracy w szpitalu, już ponoć jeździ na szkolenia. Jak ją spotkam, to muszę się zapytać jaką odmianę nasturcji kupiła. Wspaniale jej rosną, cały balkon zagaiły A jak pięknie kwitną!
Komentarze
Prześlij komentarz