Saldo końcowe Ta historia zaczęła się dziesięć lat temu; urodziłam chore dziecko i wkrótce po tym odszedł ode mnie mąż.
. Pomagał mi nasz proboszcz, podtrzymywał na duchu, dawał pieniądze i starał się o potrzebne leki. To były drogie specyfiki przeważnie z Niemiec. Chciałam zapoznać się z treścią ulotek, lecz nie znałam języka – ksiądz dał mi adres tłumaczki. Tak trafiłam do pani Melanii. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czułam się przy niej, jak kopciuszek. Bo też była to kobieta wielkiej urody pełna dostojeństwa i czaru.
Pani Melania jest tłumaczką; nie obyła się bez niej żadna wizyta naszych władz w Niemczech, czy niemieckich u nas. Lśniła i błyszczała, była prawdziwą ozdobą każdej imprezy i uroczystości. Pracowała na pół etatu w liceum i dawała korepetycje. Przy okazji następnych wizyt poznałam też jej męża. Pan Tolek był skromnym urzędnikiem bankowym.
Kiedy porównywałam mój jedyny, zagracony pokoik z ich pięknie urządzoną willą, czułam jaka dzieli nas różnica.
Przeważnie przyjmowała mnie w obszernym gabinecie zastawionym regałami z książkami i starymi szafkami pełnymi kryształowych waz. Rozmawiałyśmy przy kawie, czasem dosiadał się pan Tolek. Było elegancko, wystawnie, ale jakoś nienaturalnie. Nie mogłam sobie zrazu uzmysłowić, w czym tkwi ta zadra. Kiedyś zwróciłam baczniejszą uwagę na gospodarza i spostrzegłam, że jest niby spokojny, a w istocie – strasznie spięty .W jego rozbieganych oczach ujrzałam niepokój, uśmiech był, jak przyklejony. Każde spojrzenie na żonę wyrażało niezmierną pokorę.
- Pantoflarz! I to nieźle wdeptany w podłogę. - pomyślałam
Moja zażyłość z panią Melanią pogłębiała się. Dawała mi ubrania i trochę żywności, w końcu poprosiła, bym przychodziła sprzątać .Bardzo się ucieszyłam, mogłam dorobić do skromnej renty.
Przebywając niemal codziennie w tym domu,
poznawałam życie rodziny. Pani Mela, poza dbaniem o własne zdrowie
i urodę, nie przejawiała najmniejszej chęci, by się czymkolwiek
zająć. To mąż był od wszelkich robót, tak męskich, jak i
typowo babskich
. Ich syn – Andrzej zmieniał pracę i
dziewczyny, jak rękawiczki. Żył głównie z handlu samochodami. Do
domu rodzinnego wpadał rzadko; a jak już, to na lekkiej bani,
przeważnie też w złym humorze i przeważnie potrzebował na gwałt
gotówki. Córka pisywała od czasu do czasu z Austrii, gdzie
założyła rodzinę.
Razem prowadząc dom, polubiliśmy się z panem Tolkiem. Bywało, że solidarnie kryliśmy coś przed panią domu, razem też obrywaliśmy, jak sprawy szły nie po jej myśli.
Zastanawiałam się często, jak to możliwe, żeby taki mężczyzna pozwalał do tego stopnia sobą pomiatać. Było tak, że za jeden uśmiech małżonki, puszczał w niepamięć wszystkie upokorzenia. Wpatrywał się w jej twarz ,jak najwierniejszy pies. A ona łaskawie poklepała go czasem po policzku, wtedy z czułością ujmował jej dłoń i okrywał pocałunkami.
Jakie ona ma szczęście, to jest miłość! – myślałam z podziwem i zazdrością.
Minął rok, nastało piękne, słoneczne lato ;
mimo że na niebie nie było najmniejszego obłoczku, nad domem moich
pracodawców zaczęły się zbierać czarne chmury. Sypało się i
waliło z każdej strony.
Najpierw syn Andrzej wpadł na
jakimś grubszym, ciemnym szwindlu i wylądował w więzieniu. Córka
napisała, że rozstała się z mężem i rozważa, czy nie wyjechać
do Stanów Zjednoczonych. Pan Tolek gryzł się tym wszystkim tak
bardzo, że kiedyś zasłabł w pracy , musiał iść do szpitala na
kontrolne badania. Wyniki badań były złe i został na leczeniu.
Pani Mela siadywała ze mną, jak dawniej do kawy, pociągała po łyczku koniaczek, stawiała pasjansa. Nie było widać, żeby te zawirowania rodzinne specjalnie ją martwiły.
Po leczeniu szpitalnym, pan Tolek musiał
kontynuować leczenie w sanatorium. Mijały dni, a on ani nie pisał,
ani nie dzwonił. Teraz pani Meli trudno było zachować spokój –
wydzwaniała po kilka razy dziennie; miotała się po domu tak, że
trudno było z nią wytrzymać. A mąż milczał; zmuszony zaś do
rozmowy, mówił niewiele i pod lada pretekstem kończył. Po dwóch
tygodniach pobytu wyjawił przyczynę swojej obojętności: otóż
poznał w sanatorium kobietę o gołębim sercu, zakochał się i
postanowił z tą panią spędzić resztę życia
. Melania
wyśmiała te rewelacje – czekała , kiedy małżonek wróci do
domu, by mu wybić amory z głowy raz na zawsze. Ponieważ nie miała
nikogo pod ręką, mnie się zwierzała
- Widziałaś, Tereniu,
co za baran? Po dwóch tygodniach on poznał kogoś na tyle, że
planuje wspólne życie! Idiota! Ale tak to jest , jak się takiego
ciołka spuści z oczu. Zaraz zgłupieje. Już ja sobie z nim
pogadam, że do końca życia będzie pamiętał!
Wolałam na czas powrotu gospodarza trzymać się z daleka od tego domostwa. Nie wiedziałam czyją trzymać stronę, bo rozumiałam pana Tolka, ale i Melanii było mi żal.
Po paru dniach, gdy się pojawiłam, zastałam w
domu tylko pana. Wyglądał wspaniale, takiego go nie znałam.
Wyprzystojniał, nareszcie przestał chować głowę w ramiona –
ale najważniejsze były oczy: tak patrzy człowiek szczęśliwy!
Nie pytany wyjaśnił mi krótko, jaka jest sytuacja. Otóż zostaje
tu tylko na czas załatwienia niezbędnych formalności w pracy,
umówił się też z adwokatem, żeby pomóc w miarę możliwości
synowi w staraniach o skrócenie kary. Później wyjeżdża.
Spotkał bowiem
swoją pierwszą, młodzieńczą miłość ,kogoś
wartego wszelkich poświęceń. Odżyły wspomnienia, wróciło
uczucie. Basieńka owdowiała przed paroma laty – czas
spędzony
w sanatorium utwierdził ich oboje w przekonaniu że wspólne życie
jest im prostu pisane.
Mimo próśb, gróźb i wszelkich możliwych
szantaży, mąż spakował rzeczy i wyjechał. Przy pani Meli
czuwaliśmy z zaprzyjaźnionym lekarzem przez całą noc, gdyby nie
leki – pewnie by dostała wylewu.
W ciągu następnych paru
tygodni, moja pani zmieniła się nie do poznania. Przygarbiona ,z
poszarzałą twarzą, niedbałą fryzurą, budziła politowanie
sąsiadów i znajomych. Teraz jakoś nikomu nie była potrzebna. Nie
wiedziałam, jak jej pomóc, jak pocieszyć. Jedynym jej pragnieniem
było, żeby Toleczek wrócił.
Namawiała mnie, żebym
pojechała zbadać sytuację. A może on już nie jest z tą babą, a
może tuła się po jakichś hotelach!? Wzbraniałam się przed tą
misją, bo czułam, że jest daremna, ale zapłaciła mi tak dużo,
że pojechałam.
Początek października, piękne, ciepłe
dni, a tu taki smutek. Małe miasteczko, w nim mały Bank
Spółdzielczy – nie było kłopotu z odnalezieniem pana Tolka.
Umówiliśmy się, że poczekam w kawiarence, aż skończy pracę.
Melania przysłała cię na przeszpiegi? –
zapytał kpiąco.
- Proszę posłuchać. Żona martwi się
o pana. Powiedziała, że jeśli ta decyzja była pochopna, jeśli
chce pan wrócić, to ona gotowa jest wszystko zapomnieć i wybaczyć.
Niech pan wraca.
- Wiesz Tereniu – zaczął z
uśmiechem – już trzydzieści lat pracuję w bankach, a moją
specjalnością są kredyty. Zakochać się – to tyle, co udzielić
komuś bezwarunkowego kredytu. Później życie się toczy i trzeba
oddawać. Kto najpierw wziął, ale pamięta o spłacaniu, ten
oddaje, ale wciąż wszystko ma!. Ale są też i tacy, co tylko by
brali. No i z czasem konto staje się puste, tak puste, że na jeden
życzliwy uśmiech nie starcza. Moja żona umiała tylko brać, sama
zresztą widziałaś. Teraz ona prosi o nowy kredyt, niestety nie ma
podstaw, by go udzielić – zakończył, wypił resztkę kawy i
począł zbierać się do wyjścia.
– Moja pani czeka z obiadem, wybacz, muszę już iść.
Gdy upadła ostatnia nadzieja, pani Mela uciekła
w chorobę. Przestała pracować, mało jadła, źle sypiała. Przez
dom przewinęli się lekarze wielu specjalności – nic nie
stwierdzili.
Widziałam, że jest źle, bałam się, że zrobi
jakieś głupstwo. Odetchnęłam, kiedy przyszedł list od córki.
Ta przepraszała, że nie przyjechała, żeby wesprzeć matkę w
najgorszym czasie, by porozmawiać z ojcem. Opisywała swoją obecną
sytuację: po rozstaniu z mężem, związała się z bogatym
przedsiębiorcą. Spodziewają się dziecka. Rzecz w tym, że obecny
partner Moniczki musi w interesach wyjechać na parę miesięcy do
Ameryki. A tu ciąża, a tu proces rozwodowy się toczy, nerwy
wysiadają – wobec tego, czyby mamusia nie mogła przyjechać i
pomóc.?
Melania nareszcie przestała rozmyślać o sobie, zaczęła przygotowania do wyjazdu, i stało się tak, że kłopoty córki postawiły matkę na nogi. Postanowiła zostać u córki, aż do rozwiązania, a może i dłużej. Przed wyjazdem zostawiła rozporządzenie co do domu.
Ja mam nadal zajmować kuchnię i przyległy pokój, syn po wyjściu z więzienia ma zająć piętro, a salon i gabinet mają czekać na Toleczka – wierzyła, że on prędzej, czy później wróci.
Przez dwa lata byłam panią na włościach,
doglądałam wszystkiego i czekałam na panią, lecz ona nie
zamierzała wracać. Za to wyszedł z więzienia syn Andrzej
. Z wielką przyjemnością mogłam donieść Melanii, że to już
inny człowiek Tak matka , jak i ojciec nie szczędzili grosza, żeby
stanął na nogi, żeby rozpoczął uczciwe życie. Wyglądało na
to, że wszystko ułoży się jak najlepiej.
Andrzej wraz z
kolegą otworzyli sklep myśliwski, wkrótce też poznał przemiłą
panienkę - Irenkę i ożenił się. Byłam bardzo szczęśliwa, że
traktują mnie, jak kogoś z rodziny, że pomagają mi czasem, gdy
moją chorą córkę trzeba zawieźć do lekarza, czy na
rehabilitację.
Niestety, szczęście nie trwało długo. Młodzi byli do siebie podobni: oboje z bogatych rodzin, oboje lekko traktujący życie ; nie nauczeni pracy, za to kochający bale , imprezy, używki. Wkrótce okazało się, że dużo więcej wydają, niż zarabiają i zaczęło się wyprzedawanie cennych rzeczy z domu.
Próbowałam wpierw skłonić do interwencji pana Tolka, lecz ten miał kłopoty ze zdrowiem, nie chciał się angażować . Napisałam więc do pani Melanii, ale listy zaczęły wracać z adnotacją, że adresat nieznany.
Problemów przybywało, a Andrzej nie umiał się stawić im czoła – pił więc coraz więcej i częściej. Aż przyszło nieszczęście: pijany w sztok, wszedł na jezdnię wprost pod rozpędzone auto. Pochowaliśmy go bez matki i żony, którą lekarze ledwo odratowali, bo próbowała odebrać sobie życie.
Po jakimś czasie przyszedł list od pani Melanii aż z Chicago, w środku było zdjęcie - córka z mężem i synkiem i moja Melania. Po dawnemu piękna, strojna, tylko że bardzo postarzała i smutna. W liście prosiła, bym pozwoliła wdowie po Andrzeju nadal mieszkać na piętrze – a więc skądś wiedziała, co się stało.
Minął rok i drugi – Irenka pomieszkiwała trochę u rodziców, a trochę ze mną w wilii państwa Rosickich. Wciąż potrzebowała alkoholu, by znosić codzienność; czasem mówiła mi, że mnie podziwia, bo nie mam nic, tylko chorą córkę, a potrafię się tak cieszyć, jakbym miała niewiadomo jakie skarby.
Życzyłam jej jak najlepiej, ucieszyłam się,
kiedy poznała starszego, poważnego człowieka. Wygląda na to, że
ma w nim oparcie, że mniej się boi życia – a jemu najwidoczniej
nie przeszkadza, że Irenka czasem musi łyknąć Wkrótce wzięli
ślub .Mąż Irenki wpierw uregulował w urzędach sprawy najmu
mieszkania od pana Rosickiego, a później otworzył warsztat -
naprawa sprzętu AGD.
Oboje z żoną przenieśli się na
parter, a piętro wynajmujemy licealistom
.Pan Edzio kocha psy,
ma ich aż trzy. Początkowo drażniło mnie to, bo sprzątanie wciąż
należy do mnie, ale widząc, jak moje dziecko się z nimi bawi, jak
one ją polubiły, przestałam narzekać. Mało tego – też z nimi
czasem pobaraszkuję. I tak sobie żyjemy wspierając się
wzajemnie.
. Czasem siadam na ławeczce w ogrodzie, moja córka siedzi obok, na wózku otoczona psiakami; a ja patrzę na nasz dom i myślę, co tu się porobiło
.Była rodzina – bogata i szczęśliwa. Wszyscy zdrowi, piękni, bogaci. Mieli dom z ogrodem, pieniądze – wszelkie warunki, aby cieszyć się życiem. Jednak się rozproszyli, rozpadli, zmarnieli. Gdzie tkwi błąd? Czego tu zabrakło? W pogoni za szczęściem tratowali jedni drugich zapatrzeni tylko w siebie, każdy w siebie. A moja biedna, kaleka córka każdym uśmiechem, gestem, nieudolnie wypowiedzianym słowem – śle mi miłość i wdzięczność za moje serce i opiekę. I jesteśmy obie bardzo szczęśliwe i dziękujemy Bogu za każdy dzień.
Komentarze
Prześlij komentarz