Przejdź do głównej zawartości
25.07.2020r.


Uparta miłość r 20 [1]





 Teściowie bardzo nalegali, by młodzi przyjechali i pomogli w przygotowaniach   do wizyty doktora Floriana. Nie było jeszcze dokładnego terminu, ale wizyta była pewna.
  Uznany hematolog, doktor Liebmann, związał się ostatnimi czasy z wielkim koncernem farmaceutycznym; był w zespole  testującym nowe leki na białaczkę. Chciał nawiązać współpracę z kolegami po fachu w Polsce. Przy okazji pragnął też odwiedzić druha  z lat młodzieńczych, powspominać stare dobre czasy, gdy mieszkali po sąsiedzku - we Lwowie. Adam był pewien, że przyda się, jako przewodnik. Wiele sobie obiecywał po tej wizycie
   Choć mama bardzo prosiła, by jeszcze pobyli; musieli odmówić – Adam jechał do Szczecina zdawać ostatnie egzaminy, Mirka musiała wracać do pracy, nie mogła zawieść, gdyż parę dni urlopu potrzebowała, żeby nieco wesprzeć mamę  przed Przyjęciem chłopców.
   Wszystko się udało, szczęśliwy  po zaliczonym roku – Adaś przyjechał po żonę , a następnie zajechali do Białośliwia, zabrali babcię Henię i Szymona i ruszyli do Pogórza.
   Mama Lisowa witała ich uszczęśliwiona; zostało dwa dni do Przyjęcia, a ona już padała z nóg. 
  – Bogu dzięki, żeście przyjechali, spać nie mogłam po nocach, tak się martwiłam, że coś was zatrzyma i zostanę sama z tym wszystkim. Dopiero co wróciliśmy z kościoła. Tam już wszystko gotowe; w niedzielę raniutko kobiety ustawią kwiaty i będzie pięknie!
   – Piotrek – zawołała męża – co stoisz, zaganiaj kury, jeszcze zdążymy poskubać !
  .Zaraz po podwieczorku zasiedli w kuchni, jedni do skubania   drudzy do krojenia , albo do kręcenia ciasta. Na blasze dochodził bigos i mięsiwo na galaretę. Tato otworzył okno, zapachniało mokrą ziemią, majowymi liśćmi; we wszystkim się czuło nadchodzące święto. Chłopcy dokazywali, czuli że oni są najważniejsi i  wszystko ujdzie na sucho. Mama zadowolona, że robota wre już któryś raz dziękowała, że są i że pomagają.
   – Faktycznie, mało brakowało i mogliśmy  się nie stawić ; rodzice bardzo nalegali, byśmy zostali jeszcze trochę w Stargardzie. No ale jakby coś, to przecież masz pod bokiem Krysię Grzelakową, ona nigdy nie zawodzi w potrzebie – rzekła Mirka zajęta doprawianiem sałatki
  – A gdzie Grzelakowa ma teraz głowę do czego! – wykrzyknęła mama – No tak, przecież wy nic nie wiecie.
  Goście patrzyli wyczekująco, wobec tego mama wzięła miskę z ciastem na kolana, zasiadła wygodnie i zaczęła opowiadać. Babcia Henia zupełnie nie była zorientowana, więc musiała zacząć od początku. Jak  Brygidka i Waldek Łukowskich chodzili ze sobą, jak matka walczyła, by ich rozłączyć, jak później złagodniała i tylko żądała, by dziewczyna skończyła szkołę średnią.
  - Zaczęła naukę w wieczorowym ogólniaku; szło jej ciężko, najgorzej z matematyką. Bała się panicznie, że nie podoła, ze nie zda – i co wtedy powie Łukowska? Profesor od matemy zaproponował jej korepetycje. Zapraszał do siebie i tak uczył, tak obiecywał promocję, że aż zbałamucił. Brygidka zaszła w ciążę.
  Miotała się z tym, tłamsiła w sobie i wiecie, co wymyśliła? Próbowała się otruć! Tu mamie głos się załamał i nastała cisza. Przerwali swoje zajęcia i kazali chłopcom wyjść Paweł posłuchał a Piotrek schowany w sieni słuchał dalej.
  -Nazbierała lekarstw – nasenne i jakieś inne – ciągnęła mama – już miała to wszystko naszykowane w kuchni na stole i wodę do popicia też. Tylko jeszcze uklękła pomodlić się przed śmiercią. I tak to biedne szlochało, tak się modliło, że matka w sąsiednim pokoju obudziła się i na to weszła do kuchni. Wyobraźcie sobie, że jeszcze przy matce całą garść tego świństwa chciała połknąć.
   Tu mamie wielkie łzy poczęły kapać do ciasta, a w kuchni było tak cicho, że tylko słychać było pyrkotanie w garnkach i brzęczenie much. Wszyscy patrzyli na mamę; jeden tylko Piotrek dziwił się, że rumiany Szymek pobladł gwałtownie a palce na ubijaczce do piany aż posiniały.
  – A Waldek wie? – zapytał bardzo poruszony Adam. 
  – No pewnie, że wie!  W pałacu chyba nie było takiego, który by nie słyszał, jak matka mu tę wiadomość obwieszcza. Krzyczała na całe gardło, ze wstyd, że ladacznica i tak dalej. Czy ona zawsze taka była bez serca?.
   Adam nic nie odrzekł, ale oświadczył, ze wypada choć na chwilę zajrzeć do wujostwa i wyszedł.
   – No i co ten Waldek na to ? – zaciekawiła się historią babcia.
  – Z początku przychodził do Brygidki. Przesiadywał wieczorami. Ponoć Łukowski był za tym, by syn się z dziewczyną ożenił mimo wszystko. Tylko, że ona już nie ta sama;  zbrzydła; z byle powodu płacze, ludzi unika. A Waldek chłopak mądry, ambitny na studia się wybiera. I tym sposobem Melania wygrała swoją wojnę. – kończyła mama z sarkazmem.
  – Ten profesor to kawaler, żonaty, czy rozwodnik? – zapytał Szymek.
A czort jego wie! Wszystkiego się wyparł; jeszcze Grzelakową sądem nastraszył za szarganie opinii – wtrącił się do rozmowy tato.
   Szymek wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza;  krążył po podwórku, spoglądał na obejście sąsiadów, Piotrek postępował za nim
    W zeszłe lato, jak ją podglądałeś, to była cizia! A teraz – Piotrerk skrzywił się, wypiął brzuch – szkoda patrzeć!
  – Co ty tam wiesz, mały; to sprawy nie dla ciebie! Pacierz umiesz?
 Niedzielny ranek wstał chmurny, wietrzny i deszczowy. Mama odetchnęła z ulgą, gdy przyjechał  wujek Józef z rodziną. Mogli wszyscy wygodnie jechać samochodami, podczas, gdy większość mokła śpiesząc do kościoła. Adam nawracał kilka razy i podwoził dzieci komunijne, bo żal było patrzeć, jak piękne sukienki i garniturki  tracą swój urok na deszczu.
   Po chmurnym dniu nastał dosyć pogodny wieczór. Adam namawiał biesiadników na spacer, przekonywał, ze takie całodzienne  siedzenie przy stole jest bardzo niezdrowe. Nie wszystkich przekonał, a dla tych, którzy zapragnęli wyjść; mama naszykowała tacę rozmaitego jadła i nakazała, by wpierw zajrzeć do sąsiadów.
  Uradowana Grzelakowa  wytarła stół i zapraszała, by usiedli, by opowiedzieli, jak się Przyjęcie udało, siedli więc na chwilę.
  Z pokoju wyszła Brygidka, przecierała oczy, jakby dopiero wstała ze spania.. Mirka podeszła, przytuliła ją serdecznie, a ta rozpłakała się, jak skrzywdzone dziecko. Chłopcy, widząc to, wymknęli się czym prędzej i poszli do kolegów.
   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4 07.2020r. Uparta miłość r. 19 [1] pierwszy dziewiętnasty   Tu i ówdzie jeszcze leżał śnieg, w nocy trochę mroziło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę Mirkę to uskrzydlało; teraz prawdziwie cieszyła się, że ma swój dom i kawałek ogrodu dookoła. Miała wiele planów i zamierzeń, ale wszystko trzeba było omówić z mężem, wiec czekała z niecierpliwością jego przyjazdu. Do tego miał przywieźć sadzonki pnących róż.   Rodzice obiecali, ze kupią, by oszczędzić młodym szukania i wydatków. Zdążyli już pojąć, że jeśli podczas odwiedzin syna, skupiają się na tym, co myśli i zamierza Mirka – to na Adasia nie trzeba długo czekać – wpadnie przy lada okazji. Jeśli jednak omawia się wiele ważnych spraw, a o synowej nawet się nie wspomni; to długo   będzie mu do domu nie po drodze..   Dlatego, gdy Adam wspomniał o marzeniu żony, że by chciała tak, jak to widzieli w Paryżu przy Saint Bernard   obsadzić ganek i frontową ścianę pnącymi różami – natychmias...
  Wyjść na prostą Iwona marzyła i śniła po nocach o tej chwili, ale nie wierzyła, że kiedyś marzenia się spełnią. A jednak udało jej się uciec z zakładu poprawczego. Klucząc, dobiegła do przedmieścia. Zapadał dżdżysty, październikowy wieczór, gdy dobrnęła do ogródków działkowych. Włamała się do bardzo przyzwoicie wyglądającego domku i tam przenocowała. Znalazła ubranie, żeby się przebrać i parę dość cennych rzeczy, które udało jej się sprzedać na targu. Bez przeszkód wsiadła do pociągu. Rozparta na siedzeniu myślała – Cuda się zdarzają, jestem wolna! Jednakże podróż mogła się skończyć przy pierwszej kontroli biletów. Zaryzykowała i znów się udało. Poszła do konduktora i powiedziała: - Jadę na gapę, chcę przejechać całą Polskę i dotrzeć do Szczecina. I co pan na to?- zapytała. Zrozumiał w czym rzecz, znalazł pusty przedział i skorzystał z okazji. Przemycił Iwonę do Poznania, tam przekazał nowej drużynie konduktorskiej, prowadzącej skład do Szczecina. Już prawie była na miejscu...
  Po burzy jest pogoda W samotnym i smutnym życiu pani Anieli nieoczekiwanie pojawiłł się młody i przystojny Henryk. Życie znów nabrało barw. Była szczęśliwa, a ślub wydawał się być kwestią miesięcy. On jednak zwodził, kręcił i coraz natarczywiej przyglądał się jej dorastającej córce. Dominika była panieńskim dzieckiem Anieli, to dla niej rezygnowała nie raz z kolejnych znajomości, obawiając się, że ten, który ją wybiera, nie będzie chciał jej dziecka. Teraz starała się zapewnić swojej jedynaczce ciekawe zajęcia, miłe towarzystwo, by była jak najdalej od swego przyszłego ojczyma. Za nic w świecie nie chciała stracić Henryka - a córka - no cóż, jest prawie dorosła. Dominika coraz częściej przebywała poza domem, później nie zawsze wracała na noc - a matka, zajęta narzeczonym - na wszystko przymykała oczy. Minął rok i drugi, i skończyło się na tym, że Henryk odszedł, a ludzie wzięli na języki Dominikę, która czuła się wolna, niezależna, nie posłuszna żadnym zasadom. Odeszła o...