Przejdź do głównej zawartości
10.02. 2019r

 Słomiany wdowiec

 Moją Alę poznałem na czerwcowym biwaku. Ja kończyłem szkołę ekonomiczną, Ala liceum pedagogiczne. Po maturze zacząłem pracować w pobliskim spółdzielni mieszkaniowej. Byliśmy nieprzytomnie zakochani i czekaliśmy tylko, żeby skończyć szkołę,  i wziąć ślub. Dyrektor mojej instytucji zaproponował nam mieszkanie w nowo wybudowanym bloku. Mieliśmy gdzie mieszkać, pracowaliśmy; wkrótce doczekaliśmy się dwojga dzieci.
   Żyliśmy pełnią życia – młodzi, zdrowi, szczęśliwi. Gdy dzieciaki podrosły, Ala poszła na wymarzone studia, zaoczne. Wkrótce po ukończeniu nauki, zaproponowano  mojej żonie posadę dyrektorki szkoły. Byliśmy oboje bardzo dumni z tego, tylko, że Ala zaczęła się zmieniać – była wyniosła, podkreślała swoją pozycję, a ja byłem coraz mniejszy, coraz mniej interesujący, jako mężczyzna .

Dzieci poszły na studia, wkrótce syn się ożenił; córka pojechała z grupą przyjaciół zarobić do Anglii. Miała być trzy miesiące, tymczasem wygląda na to, że będzie na stałe .A my z Alą żyliśmy nie tyle z sobą, co obok siebie. Moja żona stała  się nie do wytrzymania dokładna i pedantyczna, do tego oschła . Czasem trudno było wytrzymać – w szkole wzór cierpliwości, w domu Ksantypa!

Czułem się zepchnięty na boczny tor, traciłem humor, wigor, męskość. Wtedy zdarzyła się ta historia z Klarą.
   Dużo o niej słyszałem , widywałem ją nieraz przelotnie, lecz była mi zupełnie obojętna. Zdarzyło mi się też rozmawiać parę razy z jej mężem – leśniczym; wyjątkowo ponurym, nieprzyjemnym typem. Słyszałem  o ich nieudanym pożyciu, tylko – co mi do tego?
   Ich córka kończyła Gimnazjum. Wieczorek pożegnalny skończył się chyba o drugiej nad ranem. Moja żona, która czuwała nad całością, spostrzegła, że pani Klara z córką zostały, podczas, gdy inni dawno się porozjeżdżali.

-         Jurek, weź samochód i odwieź  panią Klarę do leśniczówki. Jak pójdą same w nocy, przecież to jest pięć kilometrów.

-         To były te najkrótsze i najpiękniejsze noce w roku. Świetlisty świt przedzierał się przez różową mgłę; narastał radosny świergot ptactwa. Z minuty na minutę jaśniało -wszystko lśniło, mieniło się  w zapowiedzi wschodu słońca. Było niewiarygodnie pięknie i uroczyście, do tego ten zapach!

Pani Klara nie chciała byśmy podjeżdżali pod sam dom, zatrzymałem się więc  na mostku nad strumykiem. Córka szła powoli, myśmy chwilę postali zapatrzeni w szemrzącą wodę. Później wymieniliśmy zdawkowe uwagi o wieczorku, o występach, planach absolwentów . Tylko, że oczy, nasze oczy, gdy się spotkały, mówiły o wielkiej tęsknocie, o samotności, o żalu za miłością, za młodością – przekazywały jedne drugim tak wiele.

 Na cały lipiec zostaliśmy zaproszeni  przez naszą córkę do Anglii. Początkowo mieliśmy jechać we czworo- to znaczy ja z żoną i syn z synową. Koniec, końców synowej przesunięto urlop, a ja się wykręciłem  z obawy, że nie sprostam , że będę nieustannie krytykowany i ustawiany. Pojechała więc żona z synem. A synowa, gdy już mogła korzystać z urlopu, zapowiedziała swój przyjazd z wnuczkiem ; by zająć się naszym małym gospodarstwem. Tylko, że ja chciałem mieć trochę luzu, swobody i czasu dla siebie.  Nie byli zachwyceni chłodnym powitaniem i rezerwą wobec nich.

Wciąż myślałem o Klarze, jawiła mi się  i na jawie i we śnie- piękna, jasnowłosa, bardzo tajemnicza. Zacząłem realizować swój plan, by ziściły się marzenia.

  Synowa dziwiła się, że się golę przed wyjazdem na grzyby, ale jeszcze niczego nie podejrzewała. Przy którejś wyprawie spotkałem Klarę niedaleko leśniczówki. Rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie o ważnych i nieważnych epizodach z naszej przeszłości. A wszystko swobodnie, bez udawania  i skrępowania. Widziałem, że obcowanie ze mną sprawia jej radość; ja też byłem wesoły, przyjemnie podniecony, odmłodzony.

Tak organizowałem sobie pracę, by jak najwcześniej jechać do lasu. Wnuczek prosił, bym go ze sobą zabrał – wymyślałem jakieś bzdury o żmijach, pająkach. Brnąłem w tę fascynację coraz mocniej  i głębiej. Cała była piękna, mimo czwórki  dzieci i nieudanego małżeństwa ,zachowała niezwykłą pogodę ducha  i spokój. Mówiła,  w które dni mąż będzie daleko od domu, a więc chciała ,bym przychodził !

Synowa zaczęła się czegoś domyślać i jakby nie  zamierzała brać w tym wszystkim udziału – stała się milcząca , unikała mnie. Ja w kuchni, ona w ogrodzie. Ja do ogrodu – ona włącza telewizor. A wnuczek po wielu nieudanych próbach wspólnej zabawy, odsunął się ode mnie.

Minął drugi tydzień mego szaleństwa. Atmosfera w domu gęstniała. Usprawiedliwieniem mojej kolejnej wyprawy do lasu miało być wiadereczko jagód ; zbierałem zawzięcie zastanawiając się, czy mnie znajdzie  wśród gęstych jałowców. Przyszła – powabna, uśmiechnięta, przemiła! Zabrała się zaraz  do  zbierania; tak, że wkrótce miałem pełniutkie naczynie dorodnych jagód.
  Chciałem jej niewinnym całuskiem podziękować za pomoc i wtedy świat z nagła zawirował mi prze oczyma. Była tuż obok, pachniało jej ciało, lśniły śliczne, szare oczy. Przygarnąłem ją gorąco; gdyby teraz ktoś powiedział, że zaraz, jak skończy się miłosny akt – runie na nas potężne drzewa – zgodziłbym się na to bez wahania.
  Tylko niech się spełni, niech przyjdzie to upragnione! Minęła dobra chwila nim trochę ochłonąłem. Spostrzegłem wtedy, że ona nie uległa memu pożądaniu, że się broni , odpycha mnie delikatnie, lecz stanowczo.

Byłem zły, zawiedziony, zawstydzony; tylko jakie ja mam do niej prawo, czy mogę mieć jakieś pretensje? Odszedłem pośpiesznie. I to był ten dzień, gdy się obudziłem z letargu

  Smutna, niezadowolona z urlopu u mnie synowa, naburmuszony wnuczek, zaniedbany ogród i w środku ja -żałosny, odrzucony. Zdałem sobie sprawę ze swej głupoty i pożałowałem straconego czasu. Zdrowiałem powoli, jak po grypie, ale z każdym dniem było lepiej, a wielce pomocna okazała się praca. Nadrabiałem  zaległości – odnowiłem łazienkę, wypieliłem grządki w ogrodzie.

   Od żony przyszła wiadomość, że  Maciek przyjedzie teraz, a ona zabawi jeszcze tydzień. – Dobrze, bardzo dobrze – myślałem, do tego czasu będę wyleczony.

Żeby udobruchać wnuczka, wziąłem go któregoś dnia z sobą do lasu. Chciał, nie chciał, nogi same zaprowadziły mnie w pobliże leśniczówki, Klara wracała z córką z wyprawy po jeżyny. Zupełnie przypadkowe spotkanie. Siliłem się na swobodę, ona nie musiała – była spokojna, , rozmawiała

 jakby nigdy nic. Na koniec rzekła zniżając głos:

-         No i co, nie lepiej tak? Teraz możemy być prawdziwymi przyjaciółmi.

Może i lepiej. Wszystko zostało w sferze marzeń i pragnień, zawieszone w tym wonnym, leśnym powietrzu. Przez to stało się jeszcze piękniejsze. Ostrożnie badałem grunt: co synowa wie, czy bardzo mnie potępia, czy zostanie do powrotu teściowej? Odpowiadała wymijająco.
   Przyjazd małżonki to było wielkie, rodzinne święto. Przy suto zastawionym stole podróżnicy opowiadali, co widzieli i przeżyli; ja siedziałem, jak trusia - milczałem, a synowa pochwaliła mnie za to, że takie mnóstwo grzybów  przyniosłem i wszystko czeka w słoikach!  Moje Alątko we wszystko wierzyło; całowała mnie i tuliła, jak za młodych lat.

Żyjemy z żoną, jak żyliśmy – raz lepiej, raz gorzej. A gdy jest źle, myślę, co by było, gdybyśmy z Klarą zabrnęli za daleko, rozkochali się w sobie? Mogło tak być- oboje byliśmy sobą zafascynowani, było nam razem niebiańsko dobrze – to jej siła woli sprawiła, że ostały się nasze małżeństwa.

Szczególnie, gdy przychodzą święta -  moja żona tak pięknie wszystko umie przygotować; wtedy jestem Klarze głęboko wdzięczny, że nie weszła w moje życie. Nie poszerzyłem mego stanu posiadania, przez to potrafię docenić to, co mam – a że się czasem pomarzy...no cóż marzenia  - ludzka rzecz.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

 10.10. 2020r.  Uparta miłość r.23 [2] –         Wszystko wskazuje na to, że za troje – rzekł Adaś z uśmiechem.   To stwierdzenie podwoiło   serdeczność gospodarzy. Miło się rozmawiało, lecz Mirce kleiły się oczy ze zmęczenia, widząc to gospodyni zaprowadziła ją do dawnego mieszkania Sabinki   i wróciła   po Adasia. Ten jednak wolał wrócić do teściów. Wobec tego gospodarze zajęli się resztą towarzystwa. Było miło, lecz zrobiło się późno. Przed odejściem Adam, zajrzał do żony – spała smacznie rozrzuciwszy ramiona. –           Chłopcy pobiegli przodem, żeby wszystko opowiedzieć mamie; panowie szli spacerkiem rozmawiając. Tato zwierzył się ze swego kłopotu; niepokoiło go zdrowie żony.   – Boję się, że to może być coś poważnego, mówię ci nieraz to aż przykucnie z bólu. A wspomnij jej o lekarzu, to by cię przetrąciła. Może byś z nią pogadał, nawet trochę postraszył.   – T...
4 07.2020r. Uparta miłość r. 19 [1] pierwszy dziewiętnasty   Tu i ówdzie jeszcze leżał śnieg, w nocy trochę mroziło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę Mirkę to uskrzydlało; teraz prawdziwie cieszyła się, że ma swój dom i kawałek ogrodu dookoła. Miała wiele planów i zamierzeń, ale wszystko trzeba było omówić z mężem, wiec czekała z niecierpliwością jego przyjazdu. Do tego miał przywieźć sadzonki pnących róż.   Rodzice obiecali, ze kupią, by oszczędzić młodym szukania i wydatków. Zdążyli już pojąć, że jeśli podczas odwiedzin syna, skupiają się na tym, co myśli i zamierza Mirka – to na Adasia nie trzeba długo czekać – wpadnie przy lada okazji. Jeśli jednak omawia się wiele ważnych spraw, a o synowej nawet się nie wspomni; to długo   będzie mu do domu nie po drodze..   Dlatego, gdy Adam wspomniał o marzeniu żony, że by chciała tak, jak to widzieli w Paryżu przy Saint Bernard   obsadzić ganek i frontową ścianę pnącymi różami – natychmias...
 3.07. 2021r. Uparta miłość t.II r.8 [1]   Pociąg z Krakowa   wjechał na dworzec w Budapeszcie; wysiadających pasażerów otuliło pachnące, ciepłe powietrze.   – Zobaczycie, będzie cudownie! – rzekła Angelika zeskakując ze   stopnia i rozglądając się dookoła. Na szczycie schodów stali rodzice i powiewali czerwonym szalikiem.   Starsi państwo Alamassy wyściskali najpierw córkę i zięcia, a później i pozostałą czwórkę. Mama, niewysoka , korpulentna pani rozglądała się za kimś jeszcze.   – Pyta, gdzie nasze dzieci – wyjaśnił pan Wacław – stęskniła się za wnukami.   Mimo późnej pory, miasto tętniło życiem. Nastał czas urlopów; hotele i pensjonaty pękały w szwach. Teściowie Wacława zawieźli gości   do swego domu przy ulicy   Alagut w pięknej, zielonej dzielnicy – Nephegy. Na tarasie zastali zastawiony stół wszelkim jadłem i napitkiem. Usługiwała im przemiła, starsza pani o cygańskiej urodzie; jak się później okazało, kuzynka pani domu. N...