Przejdź do głównej zawartości
13.06.2020r.


Uparta miłość r.18 [1]






Rano prószył śnieżek, ale nie było mrozu i Adam był dobrej myśli, co do jazdy. Mimo wczesnej pory, chłopcy powstawali, by pożegnać ukochaną siostrę; nawet Grzelakowa przyszła z jakimś zawiniątkiem i najlepszymi życzeniami.
   Po powrocie od rodziców, Mirkę rozpierała energia. Biegła do pracy lekka i radosna, zastanawiało ją tylko dlaczego twarze mijanych ludzi są jakieś smutne i poważne.
        Czy coś się komuś stało? Jacyś wszyscy bez humoru – zapytała koleżanki w biurze.
  – Nie wiesz? Wczoraj zmarł kierownik Baciarek. Mnie też strasznie mi smutno, on mnie uczył matematyki, zresztą , wszystkich tu uczył. 
          – Ach mój Boże!  Mam go przed oczami, gdy był na chrzcinach u Dalszewskich,  w bardzo dobrej formie. Słyszałam, ze zaniemógł na balu sylwestrowym?
          – No właśnie, dostał  jakiegoś ataku, przyjaciele zaprowadzili go do domu i zostawili samego, ponoć tak chciał. A ta lafirynda -  żoneczka hulała do rana i do niego nie zajrzała! Później też ją gdzieś cholera poniosła, tak, że dopiero sekretarka poszła rano po klucze i znalazła go nieprzytomnego. Zabrali do szpitala, później przewieźli do Poznania. Robili, co mogli, ale gasł w oczach.
   Pan Hieronim młodo owdowiał.  Sam wychował dwoje dzieci. Z jego inicjatywy w Rostowie powstała piękna tysiąclatka.. Cieszył się poważaniem i miał niepodważalny autorytet w środowisku. No i zjawiła się w szkole ona –  czarująca, demoniczna rozwódka. Znalazła zatrudnienie, jako pani od wychowania fizycznego. Praca jej daleka była od ideału, za to wciąż było głośno o jej kolejnych romansach, przeważnie z którymś z lokalnych notabli.
          Kierownik, rzecz dziwna przymykał oczy na jej zaniedbania i złą opinię; a po którychś wakacjach zjawili się w szkole jako małżeństwo. Wszyscy zgodnie twierdzili, że Pan Hieronim zgłupiał na starość!
   Syn wkrótce ożenił się i zamieszkał u teściów, córka z powodu nieporozumień przeniosła się do dalszej krewnej.
         Małżeństwo trwało siedem lat; piękna Wioletta kompromitowała go nieustannie , ośmieszała i robiła na złość. A on pozornie wszystko znosił spokojnie , dostojnie i nikt nie przypuszczał, że zapłaci za to życiem.
  Następnego dnia miasteczko zamarło – nie pracowały urzędy, pozamykano sklepy – Rostowiacy manifestowali swoje przywiązanie do kochanego pedagoga, do dobrego, szlachetnego człowieka. Choć byli i tacy, co przyszli popatrzeć na te zołzę, jak idzie za trumną wyniosła, elegancka i obojętna.
  Mirka , składając, jak inni , kwiaty, zastanawiała się, jaką ofiarę trzeba złożyć ze swego życia, żeby zasłużyć sobie na taki mir i za życia i po śmierci. Adam uporal się z egzaminami i miał parę dni wolnego.
   Któregoś dnia, gdy żona szła do pracy na późniejszą godzinę, siedzieli w kuchni przy śniadaniu i patrzyli w okno i podziwiali przepiękny widok po drugiej stronie drogi. Poranne słoneczko złociło kępy drzewek, wyniosłe trzciny i oszronione kępy mchów.
   – A wiesz, co tu będziemy mieli za parę lat? – zapytała Mirka zapatrzona w migocące gwiazdki śniegu.
  – Przypuszczam, że osuszy się mokradła, wykopie stawy, nasadzi pięknych drzew i będziemy mieli park rekreacyjny.
  – No ciepło, ciepło, choć park byłby raczej dla zimnych gości – odrzekła z przekorą, dolewając sobie kawy z dzbanka.
  – Jakich zimnych, o czym ty mówisz?
  – Tu ma być wysypisko śmieci, głównie odpadów z tartaku; a jak się to wszystko zasypie i teren podwyższy, to tu ma być cmentarz.
          Adam aż podskoczył na krześle, co Mirkę rozśmieszyło, bo pomyślała, ze mąż aż tak boi się nieboszczyków.
   – Skąd to wiesz? – zapytał z twarzą tak poważną, że Mirka znów się roześmiała.
  – Prezes wczoraj wrócił z posiedzenia Rady i mówił. Koleżanki żartowały, ze nie wiadomo co lepsze dla mnie -  oczyszczalnia ścieków, czy cmentarz.
  – Ależ, to zgroza, dziewczyno, nie rozumiesz?
          – Co mam rozumieć, przecież to nie jest aż tak blisko naszego domu, do tego to kwestia lat. Co cię tak przeraża?
  –Przecież tam są liczne źródełka, sama widziałaś, dlatego były tam stawy rybne, bo zewsząd spływa woda. Odprowadzenie też było; jak się to zasypie, to woda znajdzie sobie inne przejścia i dojścia. A przecież tu, za górką zaczęli wiercić studnię głębinową dla nowego osiedla! Boże zmiłuj się – kto tak planuje: tu studnia, a niecały kilometr dalej cmentarz?!
  Adam poszedł do pokoju, po chwili wrócił śpiesznie zapinając guziki kurtki.
   – A ty gdzie się wybierasz? Przecież miałeś skończyć sprzątanie tej graciarni – wskazała na drugi pokój przylegający do kuchni.
  – Jadę do Gminy porozmawiać z tym i owym.
           – Ależ Adasiu, co Naczelnik może na to, co Rada uchwaliła? Z kim ty chcesz rozmawiać, wyjdziesz na jakiegoś dziwaka.
  – Po pierwsze dowiem się, co i jak, po drugie dobrze, że jest jeszcze czas na rozpatrzenie tego planu ponownie. Ale jak każdy nabierze wody w usta, ze strachu, by nie wyjść na dziwaka, to machina realizacyjna ruszy i wtedy umarł w butach!
  – Widzę, że trzymasz się tematu – próbowała żartować, ale mąż nie słuchał, poszedł do samochodu. A że miał ł problem z uruchomieniem auta, Mirka poszła pieszo.
  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4 07.2020r. Uparta miłość r. 19 [1] pierwszy dziewiętnasty   Tu i ówdzie jeszcze leżał śnieg, w nocy trochę mroziło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę Mirkę to uskrzydlało; teraz prawdziwie cieszyła się, że ma swój dom i kawałek ogrodu dookoła. Miała wiele planów i zamierzeń, ale wszystko trzeba było omówić z mężem, wiec czekała z niecierpliwością jego przyjazdu. Do tego miał przywieźć sadzonki pnących róż.   Rodzice obiecali, ze kupią, by oszczędzić młodym szukania i wydatków. Zdążyli już pojąć, że jeśli podczas odwiedzin syna, skupiają się na tym, co myśli i zamierza Mirka – to na Adasia nie trzeba długo czekać – wpadnie przy lada okazji. Jeśli jednak omawia się wiele ważnych spraw, a o synowej nawet się nie wspomni; to długo   będzie mu do domu nie po drodze..   Dlatego, gdy Adam wspomniał o marzeniu żony, że by chciała tak, jak to widzieli w Paryżu przy Saint Bernard   obsadzić ganek i frontową ścianę pnącymi różami – natychmias...
  Wyjść na prostą Iwona marzyła i śniła po nocach o tej chwili, ale nie wierzyła, że kiedyś marzenia się spełnią. A jednak udało jej się uciec z zakładu poprawczego. Klucząc, dobiegła do przedmieścia. Zapadał dżdżysty, październikowy wieczór, gdy dobrnęła do ogródków działkowych. Włamała się do bardzo przyzwoicie wyglądającego domku i tam przenocowała. Znalazła ubranie, żeby się przebrać i parę dość cennych rzeczy, które udało jej się sprzedać na targu. Bez przeszkód wsiadła do pociągu. Rozparta na siedzeniu myślała – Cuda się zdarzają, jestem wolna! Jednakże podróż mogła się skończyć przy pierwszej kontroli biletów. Zaryzykowała i znów się udało. Poszła do konduktora i powiedziała: - Jadę na gapę, chcę przejechać całą Polskę i dotrzeć do Szczecina. I co pan na to?- zapytała. Zrozumiał w czym rzecz, znalazł pusty przedział i skorzystał z okazji. Przemycił Iwonę do Poznania, tam przekazał nowej drużynie konduktorskiej, prowadzącej skład do Szczecina. Już prawie była na miejscu...
  Po burzy jest pogoda W samotnym i smutnym życiu pani Anieli nieoczekiwanie pojawiłł się młody i przystojny Henryk. Życie znów nabrało barw. Była szczęśliwa, a ślub wydawał się być kwestią miesięcy. On jednak zwodził, kręcił i coraz natarczywiej przyglądał się jej dorastającej córce. Dominika była panieńskim dzieckiem Anieli, to dla niej rezygnowała nie raz z kolejnych znajomości, obawiając się, że ten, który ją wybiera, nie będzie chciał jej dziecka. Teraz starała się zapewnić swojej jedynaczce ciekawe zajęcia, miłe towarzystwo, by była jak najdalej od swego przyszłego ojczyma. Za nic w świecie nie chciała stracić Henryka - a córka - no cóż, jest prawie dorosła. Dominika coraz częściej przebywała poza domem, później nie zawsze wracała na noc - a matka, zajęta narzeczonym - na wszystko przymykała oczy. Minął rok i drugi, i skończyło się na tym, że Henryk odszedł, a ludzie wzięli na języki Dominikę, która czuła się wolna, niezależna, nie posłuszna żadnym zasadom. Odeszła o...