Przejdź do głównej zawartości
26.11. 2021r. Uparta miłośc t.II r. 13 [4] – – Pod Radomiem mieszka siostra Tereski i ta ciocia napisała do Weroniki, że Dudkowska odwiedziła ją w zeszłym roku, jesienią. Czyli wtedy, gdy tu opłakiwano ją, jako nieżyjącą. Pani Lusia spojrzała na męża naburmuszona. – – Myślę, że mama opowiedziała by to nam od początku i po kolei – rzekł Adam robiąc oczko do teścia. Lisowa już brała głęboki oddech, by przystąpić do szczegółowej relacji, gdy weszli oboje państwo Łukowscy. – – No ładnie! Od wczoraj gościcie w Pogórzu, a do nas zajrzeć, to niełaska?! Dzieci tak wyrosły, że bym ich nie poznała – dogadywała pani Melania ściskając młodych Zalewskich. Gospodyni od nowa zastawiła stół i zaczęła się wymiana zdań na tematy zasadnicze – ponarzekali na zarządzenia kierownictwa, braki w sklepach, byle jaką pracę lekarza , nierzetelność fachowców i już mieli przejść do tematyki międzynarodowej, gdy Adam zagadnął. – I co tam było o Dudkowskiej w tym liście? – Jeśli tę kartkę wyrwaną z zeszytu i tak zagryzmoloną, że ledwośmy z Wojtusiem doszli, o co chodzi – można nazwać listem – zakpiła pani Mela. -No ale wiadomości były na tyle bulwersujące, że Weronia zawiozła ten list na posterunek do Szczecinka. Pani Lusia wygładzała obrus przed sobą, czekając, aż ją dopuszczą do głosu. – Trzeba zacząć od tego, że Justyna mieszka w Zalipiu z teściami, to są ludzie prawi, pracowici i zaradni. Justyna ma swoje dziecko i do tego wychowuje dwoje rodzeństwa. Te dzieci w maju szły do Przyjęcia. Teściowie się zgodzili, by zjechała się cała rodzina Dudkowskich – znaczy dzieci. Tak, że spotkało się ośmioro, tego ze szkoły specjalnej nie puścili, a ci dwaj chłopcy, co ich Weronika oddała do Domu Dziecka, przyjechali z wychowawcą. Zapraszając gości, pomyśleli o wujostwu spod Radomia i wysłali zaproszenie. Wtedy przyszedł ten sławetny list. Tak, że lepszego prezentu, jak wiadomość, że matka żyje – te dzieci dostać nie mogły – tu głos się gospodyni załamał i opowieść skończyła. – To wszystko razem jest jakieś dziwne i niejasne – odezwał się milczący dotąd Łukowski – w czasie poszukiwań, sam chodziłem z oficerem śledczym do biura, grzebaliśmy w starych dokumentach, oni sprawdzali każdy namiar dotyczący rodziny. Alkę wzywali parę razy – opowiadała o bliższych i dalszych krewnych, podawała adresy. Tak, że z całą pewnością szukali i u tej ciotki pod Radomiem. I co? Zjawia się Tereska i ta ciotka nic – nigdzie nie zgłasza? Nie dziwi się, że podczas gdy szwagier nie żyje, siostry szuka policja; ta tak sobie wpada w odwiedziny? Parę miesięcy czeka z tą wiadomością, by mimochodem, przy innej okazji, wspomnieć, że Tereska u niej była? To się kupy nie trzyma! – Dobrze by było , gdyby tam ktoś pojechał z rodziny. Na miejscu wiele by się wyjaśniło. służby sobie, a rodzina sobie. – wtrącił Adam. – Oprócz Celiny każda ma małe dziecko. A chłopaki w ogóle nie wchodzą w rachubę, bo albo małoletni, albo mało bystrzy –rzekła pani Mela. – E, Celinka, to takie dobre, ciche dziewczątko, ale ruszyć w taką drogę, coś załatwić – nie to nie dla niej, nie na jej rozum – dorzuciła Lisowa. Zrobiło się późno; Adam z teściem poszli odprowadzić Łukowskich. – Popatrz no mamo, jaka to komitywa zrobiła się z Weroniką i Wojtkiem, wygląda na to , że mają w niej prawdziwą popleczniczkę - To trzeba przyznać Melanii, że naprawdę im pomaga. Teraz Wojtek dostał mieszkanie w bloku, urządzają się tam z Werką, , to Łukowscy co mogą, to dają. – A rodzice Wojtka nic, jeszcze się gniewają? – – Poszli po rozum do głowy, widzą, że syn daje sobie radę bez nich i już byli z wizytą. Obie strony dążą do zgody, będzie dobrze, przecież, jak Werka wróci do pracy ktoś musi się zająć chłopakami. – A dlaczego tato jeździł z Ludmiłą szukać tych wysokomlecznych krów? Nie było nikogo innego? – – No bo on odpowiada za kasę, pilnuje, żeby przy okazji, nie było jakiejś machlojki. Panowie, albo poszli sobie na przechadzkę, albo dali się zaprosić do Łukowskich, bo panie zdążyły posprzątać, przygotować się do spania – a ich wciąż nie było. – Wyszły na ganek. Nagrzane za dnia deski, wydzielały żywiczą woń; do tego pachniały powiązane w pęczki zioła, które tu schły. – Piękny, spokojny wieczór. Jak miło być znowu z wami – przytuliła się do matki – u siebie jestem tak zagoniona, że nie mam czasu popatrzeć, jak księżyc wygląda w danym dniu. A tu proszę - jaśniutki okrąglutki.. - No nie bardzo, jedwabnym szalikiem otulony, a to oznacza, że się pogoda zmieni. Żniwa dopiero na półmetku. Maćkowiak jeździ tym swoim gazikiem z pola na pole – a robota jakby w miejscu stała.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

  Wyjść na prostą Iwona marzyła i śniła po nocach o tej chwili, ale nie wierzyła, że kiedyś marzenia się spełnią. A jednak udało jej się uciec z zakładu poprawczego. Klucząc, dobiegła do przedmieścia. Zapadał dżdżysty, październikowy wieczór, gdy dobrnęła do ogródków działkowych. Włamała się do bardzo przyzwoicie wyglądającego domku i tam przenocowała. Znalazła ubranie, żeby się przebrać i parę dość cennych rzeczy, które udało jej się sprzedać na targu. Bez przeszkód wsiadła do pociągu. Rozparta na siedzeniu myślała – Cuda się zdarzają, jestem wolna! Jednakże podróż mogła się skończyć przy pierwszej kontroli biletów. Zaryzykowała i znów się udało. Poszła do konduktora i powiedziała: - Jadę na gapę, chcę przejechać całą Polskę i dotrzeć do Szczecina. I co pan na to?- zapytała. Zrozumiał w czym rzecz, znalazł pusty przedział i skorzystał z okazji. Przemycił Iwonę do Poznania, tam przekazał nowej drużynie konduktorskiej, prowadzącej skład do Szczecina. Już prawie była na miejscu...
  Po burzy jest pogoda W samotnym i smutnym życiu pani Anieli nieoczekiwanie pojawiłł się młody i przystojny Henryk. Życie znów nabrało barw. Była szczęśliwa, a ślub wydawał się być kwestią miesięcy. On jednak zwodził, kręcił i coraz natarczywiej przyglądał się jej dorastającej córce. Dominika była panieńskim dzieckiem Anieli, to dla niej rezygnowała nie raz z kolejnych znajomości, obawiając się, że ten, który ją wybiera, nie będzie chciał jej dziecka. Teraz starała się zapewnić swojej jedynaczce ciekawe zajęcia, miłe towarzystwo, by była jak najdalej od swego przyszłego ojczyma. Za nic w świecie nie chciała stracić Henryka - a córka - no cóż, jest prawie dorosła. Dominika coraz częściej przebywała poza domem, później nie zawsze wracała na noc - a matka, zajęta narzeczonym - na wszystko przymykała oczy. Minął rok i drugi, i skończyło się na tym, że Henryk odszedł, a ludzie wzięli na języki Dominikę, która czuła się wolna, niezależna, nie posłuszna żadnym zasadom. Odeszła o...
14.09.2019r. Uparta miłość r.IV.[3]  Zapadł wieczór, wielki , pomarańczowy księżyc wyłonił się spoza chmurek. Pachniało maciejką, końcem lata; było niewiarygodnie pięknie i romantycznie. Poszli do parku. Mirka była rozmarzona, szczęśliwa; mogłaby tak krążyć z tym wytęsknionym pod cudnym gwiaździstym niebem w nieskończoność. Żadne słowa nie były potrzebne, a przypadkowe muśnięcie jego ręki sprawiało ogromną przyjemność.   Była jednakże ciekawa jego życia. Pytany o studia, opowiadał chętnie , dowcipnie z nutką autoironii. O wyjeździe do Francji też mówił szczerze, że o nim marzy, a jednocześnie boi się, bo słabo zna język.   Adam   utrwalił   sobie już pewien schemat postępowania z   panienkami prowadzący do szybkiego nasycenia zmysłów. Teraz męczył się niezmiernie , bo nie śmiał dotknąć tej pięknej, świeżej i   - czuł to – czystej dziewczyny .- Niech pan uważa, bo tu jest grząski kawałek – ostrzegła, gdy zbliżali się do strumyka.   ...