Przejdź do głównej zawartości

 

Odmiana losu



Przyjemnie jest czytać o prawdziwej, wielkiej miłości.. Mnie się taka przytrafiła, ale ciężko mi to wspominać, bo szczęście prysło jak mydlana bajka.

Mój ogólniak i szkoła plastyczna Mariusza sąsiadowały ze sobą. Tworzyły się paczki przyjaciół – wspólnie się chodziło na tańce, do kina, czy wagary.
Kiedyś Mariusz wyznał, że nie może iść z nami na koncert modnego zespołu rockowego, bo nie ma grosza przy duszy. Zapłaciłam za niego, miał oddać, nie miał z czego i tak się zaczęło. Nie ja jedna mu pomagałam; chłopak miał talent, rodzina była biedna, więc tak profesorowie, jak i koledzy wspierali go, jak mogli. Zostaliśmy parą na rok przed maturą, nasze uczucie było piękne i czyste – byliśmy wtedy przekonani, że przyjdzie nam razem się zestarzeć .

Pokończyliśmy szkoły; ja zaczęłam studia, Mariusz pracował jako dekorator wnętrz. Pobraliśmy się. Pan Młody niewiele dołożył do wesela, ale za to wystrój kościoła i sali weselnej – to były małe dzieła sztuki .Moi rodzice, póki co, byli nim zachwyceni. Niczego nam nie brakowało, mieliśmy u nich mieszkanie i utrzymanie za darmo.

Mariusz często wyjeżdżał na spotkania młodych malarzy, na plenery, wystawy. Początkowo jeździliśmy razem, później wolał sam. Jeszcze wtedy bardzo tęskniliśmy za sobą i powitania bywały piękne. Bardzo dużo malował; rzucił więc pracę i w zasadzie byliśmy na garnuszku moich rodziców – ci zaczynali się tą sytuacją męczyć. Jak z nieba spadła mu propozycja wyjazdu do Berlina z grupą młodych, obiecujących malarzy.

Pisał, dzwonił , tęsknił. Wrócił po ośmiu miesiącach ze sporą gotówką. Kupiliśmy mieszkanie, lecz mój mąż nie chciał, żebym z nim zamieszkała. Przekonywał, że tak będzie lepiej, bo on pracuje do późna w nocy, bo modelki, bo czyjaś obecność go rozprasza itp.
Rodzice byli oburzeni, a ja próbowałam tak żyć: trochę u niego, trochę w domu. Przestawaliśmy się rozumieć. Wyglądało na to, że jak nie potrzebuje moich pieniędzy, to nie potrzebuje i mnie. Sklejałam jednakże, jak mogłam nasz związek. Gdy chciał – byłam, gdy wolał być sam – znikałam. Uważałam go za wielkiego artystę i wciąż bardzo kochałam.
Ale to nie był już mój Mariusz – to był inny człowiek. Nie mogłam nadążyć za jego zmiennymi nastrojami: raz pełen wiary, wręcz w euforii – to znowu mężczyzna zahukany, załamany, rozbity. Chciałam pomóc, lecz on odtrącał moją dłoń. Przypadkiem spotkany kolega namówił go na ponowny wyjazd do Berlina.

Prawie się nie odzywał, to ja wydzwaniałam pełna niepokoju, jak sobie radzi. Co się dzieje, czemu milczy? Czy możliwe, by przekreślił te wspólne lata? A ślub – przysięga złożona w cudowną, wrześniową sobotę? To wszystko dla niego nic nie znaczy?
Cierpiałam męki czekania prawie przez rok. W nagrodę otrzymałam ...wezwanie na rozprawę rozwodową.
Doznania ostatnich miesięcy sprawiły, że byłam chora, ledwo trzymałam się na nogach. Nie było odwrotu – po dwóch rozprawach, rozwód był faktem.

Rodzice nie ułatwiali mi życia. Albo były rozmowy w stylu: a nie mówiliśmy, nie ostrzegaliśmy; albo przyprowadzali potencjalnych kandydatów, żebym zapomniała.

Musiałam odpocząć, dojść do jakiej takiej równowagi, wyprowadziłam się więc do dziadka na peryferie Poznania.
Dom był duży, po śmierci babci, dziadek część domu wynajmował młodemu małżeństwu. Sam zaś większość czasu spędzał w ogrodzie pielęgnując swoje ukochane kwiaty.

Zaprzyjaźniłam się z młodymi. Grzałam się przy cieple ich domowego ogniska. A gdy urodziła im się druga córeczka poprosili mnie na matkę chrzestną. Dziecko miało dwa latka, gdy zaczęły się kłopoty ze zdrowiem ich mamy – Małgosi.
Poruszyłam niebo i ziemię, wszystkie znajomości moje i rodziców, by ratować tę dzielną kobietę. Na nic – Gosia gasła w oczach. Patrząc na jej męża - Piotra; przypominałam sobie słowa z hymnu do miłości św. Pawła:” Miłość wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję.” Ten młody, zdawało by się lekkomyślny mężczyzna ,teraz zdawał swój życiowy egzamin. Mimo cierpienia i gasnącej nadziei, był najczulszym mężem i najtroskliwszym ojcem. Zmagania z chorobą trwały dwa i pół roku i Małgosia odeszła
. Znów byłam do granic możliwości wymęczona i najchętniej wyjechałabym, lecz nie miałam sumienia zostawić dziadka i wdowca w tak ciężkim położeniu.
Nasze życie i nasze sprawy przenikały się. Pomagaliśmy sobie wzajemnie i wspieraliśmy się w tym smutnym okresie.

Kiedyś uświadomiłam sobie, że śledzę Piotra życie; wiem kiedy wychodzi, kiedy wraca. Słyszę, jak wstaje w nocy, albo kręci się w pościeli. Przyłapywałam się na tym, że nasłuchuję odgłosów z góry, zamiast żyć swoimi sprawami. Przestraszyłam się tego. To przecież obcy człowiek.
Czego chcę? Romans z lokatorem? To takie trywialne, tym bardziej w tej sytuacji. Wykorzystać sytuację – pocieszając, współczując i ofiarować siebie jako namiastki tego, co stracił? Nie, nigdy!

Uciekając przed samą sobą – wyjechałam do rodziców.

Moje studia dobiegły końca. Ślęczałam nad pracą magisterską i rozmyślałam o Piotrze. Miałam szansę na pracę niedaleko osiedla, gdzie mieszkał dziadek – wrócić tam, czy nie.? Czas, bym ułożyła sobie życie, poznała kogoś.

Te rozważania przerwała wizyta dziadka. Przyjechał na prośbę Piotra. Zbliżał się termin Pierwszej Komunii Świętej starszej dziewczynki. Mama Piotra nie mogła pomóc, gdyż od lat opiekowała się mężem ; obiecały pomóc ciocie - ale wpadły, udzieliły skłopotanemu Piotrowi paru dobrych rad ,pogadały i odjechały.

W takim układzie Piotr doszedł do wniosku, że jedyna nadzieja we mnie .Wspólnymi siłami przygotowaliśmy uroczysty obiad. Gdy goście się rozjechali, młodsza z dziewczynek – moja chrześnica, pomagała mi zmywać naczynia. W pewnej chwili powiedziała cichutko:
- A słyszałaś ciociu, co powiedział stryjek Tomek?
– Popatrzyłam na małą pytająco.

-Powiedział, że tatuś musi się rozejrzeć za nową mamą dla nas. A ty byś nie chciała być naszą nową mamusią.?

Miałam oczy pełne łez i żadne słowo nie chciało mi się przecisnąć przez gardło. Porwałam dziecko w objęcia i walczyłam długą chwilę, by nie wybuchnąć płaczem.

Wróciłam do domu dziadka, ku wielkiej uciesze wszystkich jego mieszkańców.
Gdy obroniłam pracę dyplomową, dziadek z Piotrem przygotowali słodkie przyjęcie; było miło, rodzinnie. Tak bardzo staraliśmy się wypełniać dni małymi przyjemnościami, by zatarło się w pamięci to straszne, co przeżyliśmy.

Piotr, choć zajęty pracą i córkami często robił mnie i dziadkowi jakieś miłe niespodzianki, my nie pozostawaliśmy dłużni.

Czułam, że na samym dnie serca już coś się zbudziło, zaczynało zakwitać – tak u mnie, jak i u niego, ale trzymaliśmy mocno na wodzy wszelkie emocje. Ktoś patrzący z boku niczego nie zauważał.

Zięć nie przystał na propozycję matki Małgosi i nie oddał dzieci dziadkom. Gdy nas nie było w domu, mój dziadek doglądał dzieci. Czas mijał i wszyscy czuliśmy to, że najlepiej nam, gdy jesteśmy wszyscy razem. Każde z nas potrzebowało kogoś bliskiego i dlatego tak bardzo lgnęliśmy do siebie. Tak minął nam rok.

Nastało wczesne, upalne lato. Tłamszona, ukrywana miłość rozpaliła się niepohamowanym żarem i porwała nas. Zostaliśmy kochankami i ślubowaliśmy sobie wierność aż po grób.
Dziadkowi bardzo się to nie podobało. Odbył zasadniczą rozmowę najpierw z Piotrem, później ze mną. Postawił sprawę jasno: albo ślub i mieszkamy razem, albo nie chce nas pod swoim dachem.

A dlaczego nie? Niech będzie, Jak Bóg przykazał – orzekł Piotr i zaczęliśmy przygotowania do wesela. Nie powiadomiłam rodziców o swoich zamiarach, skądś się dowiedzieli i przyjechali...”zapobiec nieszczęściu”.
Linia ataku była łatwa do przewidzenia:
-” Już raz nie posłuchałaś naszych dobrych rad i jak na tym wyszłaś? Mało ci? Nie widzisz, że ten twój , pożal się Boże, narzeczony – to kłębek nerwów; no i żadnego obycia w świecie - taki chłopek- roztropek. Po jakiego czorta wiązać się z kimś takim i na dodatek dzieciaki! Przyjdzie czas, urodzisz swoje dziecko; a nie jakieś tam cudze. Będziesz musiała się zmuszać do tolerowania ich koło siebie, bo o kochaniu to w ogóle mowy nie ma! Już masz swoje lata dziewczyno, a wciąż jesteś pierwsza naiwna. „Itd.

dobrym, jasnym dniom. Tyrada trwała dobrą godzinę. Milczałam starając się puszczać te przykre słowa mimo uszu. Żegnając ich, rzekłam tylko:

- Mam nadzieję, że pojawicie się na ślubie.

Osamotnieni, tym bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie i nikt nas nie rozłączy. Zaplanowaliśmy tylko skromny obiad w restauracji po uroczystości w Urzędzie Stanu Cywilnego – nic więcej. Wydatków i tak było mnóstwo, a my nie mieliśmy żadnych oszczędności. Przyjaciółka ze studiów uszyła mi kostiumik z kremowej wełenki, do tego skądś pożyczyła piękny, biały kapelusz z kwiatami. Dziadek znalazł koronkowe rękawiczki mojej babci.

O, jakże byłam elegancka! Wszyscy, którzy mnie widzieli tego dnia stawali zachwyceni i otwierali buzie z niedowierzania, że to naprawdę ja! Do tego sprzyjała nam aura – dzień był rozkosznie ciepły, a świat bajecznie kolorowy. Jak to w październiku bywa.

Moi rodzice przyszli na ślub, złożyli nam życzenia, wręczyli kopertę z niezłą gotówką i ulotnili się nie wiadomo kiedy

A ja byłam spokojna i radosna; wiedziałam , komu ślubowałam; już nie grałam na loterii, już nie potrzebowałam, by mnie ktoś utwierdzał w trafności wyboru. W tym dniu bardziej liczyły się niekłamane łzy radości u moich pasierbic, niż afront ze strony rodziców.

Wkrótce po ślubie otrzymałam wiadomość o śmierci Mariusza. Zginął w niejasnych okolicznościach. Mój ojciec poprzez zaprzyjaźnionych policjantów dowiedział się, że był związany z jakąś mafią. No i że wcale nie zarabiał malując portrety, jak nam wmawiał, lecz” zdobił „odpowiednimi obrazami domy publiczne.

Dlaczego młody, piękny i utalentowany mężczyzna tak marnie skończył? Miał talent, oddaną, kochającą żonę i tylu ludzi wokół chętnych do pomocy. Wszystko podeptał, żadnej szansy nie wykorzystał. Żal mi człowieka; nawet nie dlatego, że związałam z nim swoje życie – żal mi, bo niczego już nie można naprawić, ani zmienić.

W tej sytuacji, po roku przypieczętowaliśmy nasz związek jeszcze ślubem kościelnym.

Jesteśmy szczęśliwą rodziną; bo choć niestarzy, ale już doświadczeni przez życie, nie pozwalamy sobie na niepotrzebne swary i gniewy. Wolimy przeczekać, wyjaśnić, ochłonąć i to niezależnie od tego – o jaką sprawę chodzi. W dziadku mamy niezrównanego przyjaciela i pomocnika. Ostatnio tylko zasmuca nas tym, że chce sporządzić testament, gdyż czuje, że jego czas dobiega końca.

Patrzę na jego czerstwą, rumianą twarz i mówię mu, że jeszcze nie pora, że jest tyle spraw, tyle drzewek do posadzenia, tyle kwiatów do rozmnożenia, tyle do zrobienia! Nie patrzmy jeszcze w tę stronę.

Dziadek kiwa głową, lecz broda mu się trzęsie i żebym nie widziała łez – wychodzi. To nas niepokoi. Poza tym wszystkie sprawy układają nam się bardzo dobrze.

Ach, gdybym jeszcze mogła urodzić swoje dziecko, byłabym do końca spełniona i szczęśliwa. A może tak musi być, bym całe serce oddała Kasi i Jagodzie? I tak los uśmiechnął się do nas, choć w przeszłości bywało tak strasznie ciężko – teraz jesteśmy szczęśliwi; spoglądamy w słoneczną stronę życia ku

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

4 07.2020r. Uparta miłość r. 19 [1] pierwszy dziewiętnasty   Tu i ówdzie jeszcze leżał śnieg, w nocy trochę mroziło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę Mirkę to uskrzydlało; teraz prawdziwie cieszyła się, że ma swój dom i kawałek ogrodu dookoła. Miała wiele planów i zamierzeń, ale wszystko trzeba było omówić z mężem, wiec czekała z niecierpliwością jego przyjazdu. Do tego miał przywieźć sadzonki pnących róż.   Rodzice obiecali, ze kupią, by oszczędzić młodym szukania i wydatków. Zdążyli już pojąć, że jeśli podczas odwiedzin syna, skupiają się na tym, co myśli i zamierza Mirka – to na Adasia nie trzeba długo czekać – wpadnie przy lada okazji. Jeśli jednak omawia się wiele ważnych spraw, a o synowej nawet się nie wspomni; to długo   będzie mu do domu nie po drodze..   Dlatego, gdy Adam wspomniał o marzeniu żony, że by chciała tak, jak to widzieli w Paryżu przy Saint Bernard   obsadzić ganek i frontową ścianę pnącymi różami – natychmias...
  Wyjść na prostą Iwona marzyła i śniła po nocach o tej chwili, ale nie wierzyła, że kiedyś marzenia się spełnią. A jednak udało jej się uciec z zakładu poprawczego. Klucząc, dobiegła do przedmieścia. Zapadał dżdżysty, październikowy wieczór, gdy dobrnęła do ogródków działkowych. Włamała się do bardzo przyzwoicie wyglądającego domku i tam przenocowała. Znalazła ubranie, żeby się przebrać i parę dość cennych rzeczy, które udało jej się sprzedać na targu. Bez przeszkód wsiadła do pociągu. Rozparta na siedzeniu myślała – Cuda się zdarzają, jestem wolna! Jednakże podróż mogła się skończyć przy pierwszej kontroli biletów. Zaryzykowała i znów się udało. Poszła do konduktora i powiedziała: - Jadę na gapę, chcę przejechać całą Polskę i dotrzeć do Szczecina. I co pan na to?- zapytała. Zrozumiał w czym rzecz, znalazł pusty przedział i skorzystał z okazji. Przemycił Iwonę do Poznania, tam przekazał nowej drużynie konduktorskiej, prowadzącej skład do Szczecina. Już prawie była na miejscu...
  Po burzy jest pogoda W samotnym i smutnym życiu pani Anieli nieoczekiwanie pojawiłł się młody i przystojny Henryk. Życie znów nabrało barw. Była szczęśliwa, a ślub wydawał się być kwestią miesięcy. On jednak zwodził, kręcił i coraz natarczywiej przyglądał się jej dorastającej córce. Dominika była panieńskim dzieckiem Anieli, to dla niej rezygnowała nie raz z kolejnych znajomości, obawiając się, że ten, który ją wybiera, nie będzie chciał jej dziecka. Teraz starała się zapewnić swojej jedynaczce ciekawe zajęcia, miłe towarzystwo, by była jak najdalej od swego przyszłego ojczyma. Za nic w świecie nie chciała stracić Henryka - a córka - no cóż, jest prawie dorosła. Dominika coraz częściej przebywała poza domem, później nie zawsze wracała na noc - a matka, zajęta narzeczonym - na wszystko przymykała oczy. Minął rok i drugi, i skończyło się na tym, że Henryk odszedł, a ludzie wzięli na języki Dominikę, która czuła się wolna, niezależna, nie posłuszna żadnym zasadom. Odeszła o...