Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2026
Na wszelki wypadek Mój wujek mieszka sam za wsią, na tak zwanym wybudowaniu. Radzi sobie całkiem nieźle mimo podeszłego wieku. Ma dwa psy i całą gromadę kotów, które woła po imieniu. Po zakupy jeździ rowerem, no chyba, że jest bardzo zła pogoda – wtedy trzeba mu sprawunki przywieźć. Właśnie podczas takich odwiedzin, gdy dotarłem z zaopatrzeniem, obszedłem domostwo dookoła i widzę, że o ścianę oparta jest drabina, a okno na pięterku uchylone. No tak , koty najważniejsze, mogą wchodzić i wychodzić , kiedy zechcą. Gdyby ciocia żyła nigdy nie pozwoliłaby na takie fanaberie - pomyślałem – Wujku – mówię zaniepokojony – przecież ty wprost zapraszasz złodzieja do domu! Wejdzie sobie po drabinie, a okno ma otwarte! – Ale tam. – odrzekł, uśmiechając się pod wąsem - Nie wejdzie; jeszcze dobrze nie stanie a już rypnie , bo ja wszystkie szczebelki podpiłowałem. Z cyklu - Historyjki zasłyszane [8]  
Pozory mylą Niegrzeczny synek naszych sąsiadów ma brzydki zwyczaj – dzwoni do naszych drzwi , po czym ucieka i chowa się za ścianą. Tego dnia miałam parę spraw do załatwienie, coś do zawekowania i obiad do przygotowania Sos mi się przypalił; i od rana miałam zły humor. Rozległ się przeciągły dzwonek, akurat mieszałam bigos w dużym garnku drewnianą łyżką - Tym razem mi nie uciekniesz, łobuzie – myślałam biegnąc do drzwi. Z impetem otworzyłam i wpadłam na Bogu ducha winnego listonosza, który od niedawna objął nasz rejon. Polecony wypadł mu z ręki. - To na mnie ta łycha? Byłam tak zmieszana, że nie mogłam trafić z podpisem do odpowiedniej rubryki. Zaczęłam się tłumaczyć, ale on nie miał czasu słuchać. Traf chciał, że po kilku dniach przyszła do nas paczka. Mąż był akurat w domu, ale bardzo się śpieszył, bo miał jakieś spotkanie biznesowe w pracy. Pobiegł otworzyć tak, jak stał: z mokrymi włosami, w rozpiętej koszuli i w jednej skarpetce Jesteśmy poważnymi ludźmi, ...
Myślenie logiczne Mój mąż pracuje za granicą. Kiedy urodziło nam się drugie dziecko, przyjechał na urlop. Niestety, po miesiącu musiał wracać. Wtedy zapowiedziała się teściowa, że przyjedzie pomagać. Mały domagał się jedzenia, więc zamknęłam się z nim w sypialni, by nakarmić i ukołysać do snu. Honory pani domu sprawowała nasza córeczka – trzy i pół letnia Zuzia. Przywitała babcię, ale do sypialni nie wpuściła. – Mój braciszek teraz je kolację, nie można przeszkadzać. – Znaczy mama karmi Kubusia? – Nie, nie karmi.Nie wiesz babciu? On sam sobie bierze jedzenie od mamy i pije. Jak się naje to będzie spał. Wtedy wejdziesz, babciu.  
Prezent Z Jagodą byłyśmy przyjaciółkami chyba od przedszkola. Nieodłączne w podstawówce i ogólniaku. Dopiero gdy ona dostała się na wymarzoną Akademię Sztuk Pięknych, a ja oblałam egzamin na psychologię, nasze grogi się rozeszły. Trzeba było coś robić. Po przeszkoleniu pracowałam w przedszkolu, jako pomoc wychowawcy. Po latach skończyłam Studium i byłam pełnoprawną nauczycielką. Żyliśmy z mężem skromnie z naszych nauczycielskich pensji, ale jakoś powolutku urządzaliśmy się na swoim. Kiedyś odwiedziłam rodziców w moich rodzinnych stronach i mama pokazała mi artykuł w piśmie kobiecym. Było o Jagodzie i jej wielkim sukcesie na wystawie malarskiej we Wiedniu! Jej obrazy bardzo dobrze się sprzedawały ; opowiadała o podróżach po całym świecie. - Co za historia! – wykrzyknęłam - Szkoda, że nie możemy się zobaczyć, choćby w laptopie. Byłoby o czym pogadać. - Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem owszem – rzekła filozoficznie mama i dodała. – Przecież jej mat...
Smakołyk Syn z synową wybierali się do miasta po większe zakupy; moja żona uznała, że to doskonała okazja, by się z nimi zabrać i pozałatwiać różne sprawy. Bez entuzjazmu przyjąłem wiadomość, bo to na mnie spoczął obowiązek zaopiekowania się niespełna rocznym wnukiem, Na odchodne żona rzekła, ze obiad wystarczy podgrzać, a jak będę miał czas , to mogę zrobić jakąś przystawkę warzywną W lodowce znalazłem trzy pory; opłukałem, pokroiłem i udusiłem na masełku, przyprawiłem. Pyszności! Najadłem się do syta, nakarmiłem dziecko i zadowoleni czekaliśmy reszty rodziny. Wrócili, siedli do obiadu i zaraz zaczęło się wypluwanie, narzekanie, wydziwianie. – Co to za paskudztwo? Tego nie idzie jeść, tu piasek trzeszczy w zębach !- przekrzykiwali się – Ty to jadłeś? – zapytała żona. Oczywiście; bardzo dobre, duszone pory. – No i co? – Nic. Ja nie mam zębów – odpowiedziałem. Mały też nie – dodałem w duchu – Mam nadzieję, że tato nie dał tego dziecku? – zapytała nie...